Przedwiośnie – Część II – Nawłoć

Cezary udał się do Warszawy, ale nigdzie ani po drodze, ani w stolicy nie znalazł szklanych domów. Nie śmiał nawet nikogo o nie pytać, rozumiejąc że ojciec zażartował sobie na koniec z niego. W Warszawie pomógł mu Szymon Gajowiec, do którego wysłał go ojciec, teraz wysoki urzędnik w Ministerium Skarbu. Dał mu tam posadę, dzięki której mógł spokojnie egzystować. Rozmawiali całymi godzinami, a tematem który szczególnie interesował starszego pana była matka Cezarego. Przyznał on że kiedyś kochał się w niej bardzo, ale jako biedny urzędnik nie mógł się równać z jego ojcem. Cezary zaczął uczęszczać na medycynę gdzie pilnie studiował tajniki ludzkiego ciała i nie tylko. Ta sytuacja nie trwała jednak długo. Wkrótce wybuchła wojna z sowietami i Cezary wstąpił do armii. Nie z przekonania, ponieważ wizja walki z bolszewikami nie była mu miła, ale żeby nie zostać potępionym. Front był niedaleko, słychać go było na obrzeżach Warszawy. Wszyscy oczekiwali, że już niedługo, ci

nieznani bolszewicy wejdą do miasta. Cezary po przeszkoleniu ruszył do walki. Zaintrygował go entuzjazm z jakim ruszali do niej wszyscy, nawet robotnicy i chłopi, którzy nawoływali nie do walki z burżuazją, ale z najeźdźcą, który rujnuje ich kraj. Oddziałek, w którym znalazł się Cezary maszerował w kierunku Radzymina, gdy naprzeciw niego pojawiła się wielka kolumna jeńców rosyjskich, prowadzonych przez żołnierzy polskich. Długo musieli czekać aż przejdzie, żeby ruszyć w dalszą drogę. Stało się to dopiero pod wieczór. W pobliżu miasta nie było już najeźdźców, pozostały tylko ślad po nich, okopy i różny sprzęt. Cezary stał się dobrym żołnierzem. Otrzymywał pochwały od przełożonych a koledzy przywykli na nim polegać. Przekonał się również, że rewolucjoniści ze wschodu nie niosą ze sobą ideologii, ale zniszczenia, gwałty i mordy, co nijak się miało do idei głoszonych na wiecach. Polacy natomiast okazali się bratnimi duszami, wśród których zaczął czuć się dobrze. Szczególnie zaprzyjaźnił się z jednym z nich, Hipolitem Wielosławskim, którego uratował z opresji przynosząc na własnych plecach do swoich, podźganego bagnetami i poobijanego kolbami. Wokoło szeptano, że pochodzi on z wielkiego rodu i choć walczy jak każdy z nich to płynie w nim błękitna krew. Cezary zawarł z nim przyjaźń, dzieląc się wszystkim co miał i to samo dostając od niego. Gdy nieprzyjaciel ustąpił z kraju, oddział ich cofnięto na Mazowsze, a później jako studentów zwolniono do cywila. Hipolit zaproponował Cezaremu, żeby udał się do niego na wypoczynek do miejscowości Nawłoć.  Dotarli tam koleją, a na stacyjce czekał na nich powóz zaprzężony w czwórkę kasztanów. Hipolit wskoczył ochoczo na przednie siedzenie, obok siadł Cezary i ruszyli. Jechał z nimi jeszcze lokaj, Jędrek. Podróż była przyjemna do momentu gdy za bardzo rozochocony woźnica wywrócił cały pojazd.

Wszyscy znaleźli się w zagonach chłopskich. Nikomu na szczęście nic się nie stało, jedynie Cezary dostał w tył głowy od spadającego lokaja. Nie było to jednak nic groźnego. Podnieśli wspólnymi siłami pojazd i ruszyli dalej jeszcze szybciej. Gdy dotarli do Nawłoci była już późna noc. Ale czekano tam na Hipcia. Gdy zajechali przed ganek dały się słyszeć głosy radości z powodu jego przyjazdu. Radosne powitania trwały długo. Na ganek wybiegli matka Hipolita, jego przyrodni brat, młody ksiądz, cioteczna siostra Karolina Szarłatowiczówna oraz wuj Skalnicki. Hipolit zaraz zaczął się przekomarzać z dziewczyną więc na ganku zrobiło się wesoło. Ksiądz Anastazy wyciągnął natomiast gorzałkę i przepił do Cezarego. Zabawę przed domem przerwało wezwanie na kolację. Tam przybyły jeszcze dwie podstarzałe ciotki, a stary służący Maciejunio nie nadążał z donoszeniem i odkorkowaniem butelek. Gwar był wielki a w miarę wypijanych trunków stawał się jeszcze większy. Wszyscy spoglądali na Cezarego z uwielbieniem, jeżeli nie z miłością i widać było że jest on tu mile widziany. Kolacja trwała a napitki nie kończyły się. Hipolit mocno już podpity wyszedł witać się z parobkami, którzy czekali na niego przed gankiem a Cezary przyglądał się temu siadając na poręczy. W pewnym momencie ogarnął go niepokój, przycisnął głowę do ucha Hipolita i zaczął go ostrzegać o tym, że ci sami którzy go tak teraz wylewnie witają wywleką go do sadu i tam rozwalą mu głowę. Nie okażą żadnej litości, zrobią to z zawiści i zniszczą wszystko co do tej pory posiadał. Zabiorą jego srebrną papierośnicę i co tylko będzie miał wartościowego. Ale humory już były bardzo rozchwiane przez trunki, więc kolacja trwała w najlepsze. Starsze panie usunęły się do swoich pokojów, a matka zabrała też ze sobą Hipolita. Niedługo potem panna Karolcia stwierdziła, że porucznikowi należy się wypoczynek i czas już najwyższy udać się spać. Ksiądz Anastazy zaofiarował się, że weźmie go pod swoje skrzydła i razem sobie pochrapią. Nocleg naznaczony był w Ariance a żeby się do niej dostać należało przejść przez ogród. Dla podchmielonych księdza Cezarego nie było to zadanie łatwe. Dużo musiała się namęczyć Karolcia, żeby doprowadzić ich na miejsce. Szczególnie z Nastusiem, któremu w pewnym momencie mały świerk dostał się pod sutannę i nie chciał go puścić. W końcu dotarli do miejsca spoczynku. Okazał się nim stary ariański zbór, przerobiony na miejsce mieszkalne. Stąd jego nazwa. Ksiądz zaraz padł na łóżko w swoim pokoju, zostawiając Karolinę samą z Cezarym. Sytuacja była dla niej niezręczna, więc po pokazaniu mu jego pokoju chciała jak najszybciej wrócić do dworu. Cezary odprowadził ją zapewniając, że będzie w stanie sam wrócić. Po drodze okrył ją swoim płaszczem, chroniąc przed padającym deszczem, co spowodowało drżenie na jej młodym ciele. Czarek wyspał się znakomicie a rano ruszył na zwiedzanie okolicy. Wokół dworu rozpościerał się duży park. Jedna z jego alei zaprowadziła go do folwarku, gdzie kręciło się wielu parobków, uwijających się przy pracy. Wypędziły go stamtąd ich ukłony, które zepsuły mu na chwilę humor. Szybko mu się on poprawił, gdy zobaczył jak perliczka atakuje i przepędza pannę, najwyraźniej z miasta, która weszła na jej teren wychodząc z Arianki. Była to również niezgorsza rozrywka dla wszystkich wokół, niektórzy długo jeszcze pokładali się ze śmiechu na ziemi. Listopadowy chłód w końcu przegonił byłego wojaka i udał się on do dworu, który jak się zdawało był jeszcze całkowicie uśpiony. Buzował jednak już ogień w kominie dając przyjemne ciepło. Cezary rozsiadł się wygodnie nieopodal i napawał nim. Po chwili najbliższe drzwi otworzyły się i wyszła z nich panna Karusia w kusej i prześwitującej koszulce nocnej. Stanęła przed kominkiem i rozpoczęła dziwne wygibasy ogrzewając się tu i ówdzie. Widok był bardzo interesujący i powabny. Nigdy bowiem wcześniej Cezary nie miał okazji tak dokładnego przyglądnięcia się kobiecemu ciału. A ciało panny Szarłatowiczówny było zgrabne i jędrne. Nie wypadało jednak przeciągać zbyt długo tej sytuacji, więc Cezary odezwał się. Wywołało to głośny krzyk młodej dziewczyny i pęd w stronę drzwi, za którymi zniknęła zaraz. Po chwili zjawił się Maciejunio i widząc siedzącego samego gościa przejął się bardzo. Na stole w mgnieniu oka pojawiły się najprzedniejsze potrawy i Cezary mógł zabrać się do jedzenia. Szło mu to bardzo sprawnie i wydawał się nienasycony. Po chwili pojawił się Hipolit i dołączył do niego.

  • Plemiona

Pozostali domownicy, poza panną Karoliną która oznajmiła że czuje się niezdrowa i dzisiaj wcale nie wstanie, spali jeszcze. Nasyciwszy głód, młodzieńcy ruszyli do stajni. Tam Hipolit przywitał się ze swoimi ulubieńcami, głaszcząc i poklepując każdego. Za nim podążał Jędrek powtarzając ruchy panicza i naśladując we wszystkim. Po tych czułościach do linijki został zaprzężony Kasztan, ulubiony koń Hipcia i czas było ruszać na przejażdżkę. Cezary przyglądał się zażyłości Jędrka ze swoim panem i nieodparcie cisnęła mu się do głowy myśl, kiedy zdobędzie się on na odwagę żeby podnieść na niego rękę. Na razie jednak porzucił ją wsiadając do wózka na wysokich kołach, który zaraz ruszył jadąc początkowo spokojnie gościńcem, ale gdy dotarli na szosę Hipolit strzelił kilkakrotnie batem i krzyknął ostro co spowodowało że Kasztan ruszył pełnym pędem. Jazda była szalona i Cezaremu wydawało się, że nigdy się nie skończy. W końcu jednak pojazd zaczął zwalniać, a gdy stanął woźnica pokazał się cały opryskany błotem. Z oddali natomiast, co zauważył Cezary, ktoś ich wołał. Tym kimś okazała się Laura Kościeniecka, sąsiadka Wielosławskich, która myśląc że koń ich ponosi ruszyła na ratunek. Na takie stwierdzenie oburzył się nieco Hipolit, stwierdzając że wcale tak nie było. Po krótkiej rozmowie i przedstawieniu się wszystkich młoda dama zaprosiła ich na śniadanie do Leńca. Po drodze obaj podziwiali zgrabność pani Laury, której towarzyszył jej narzeczony Barwicki. Gdy znaleźli się w willi, bo tak raczej wyglądał dom w Leńcu, Cezaremu przypomniał się ich własny w Baku i rozmyślał nad tym chwilę. Tą zadumę przerwało wejście gospodyni i zaproszenie do stołu. Gdy wrócili do Nawłoci we dworze rozbrzmiewał polonez a ? dur Szopena. Pianistką była panna Wandzia, której gra na pianinie była jedynym talentem, niedawna ofiara krewkiej perliczki. Młodzieńcy zaraz udali się do salonu skąd dobiegała muzyka. Ich wejście poderwało młoda pannę, a  widok dziedzica sparaliżował ją całkowicie. Dopiero propozycja gry na cztery ręce, złożona przez Cezarego rozruszała ją. Gra była tak brawurowa, że przyciągnęła większość domowników. Rozrywkę tą zakończyło wezwanie Maciejunia na obiad. Wbrew temu co mówiono wcześniej choroba panny Karoliny nie była aż tak poważna i zjawiła się tam również ona. Nie zwracała jednak uwagi, a wręcz lekceważyła Cezarego i żadne jego starania nie mogły tego zmienić. A gdy ksiądz zanucił znowu swoją ulubiona piosenkę:

Caroline, Caroline,
Prends ton chapeau fleuri,
Ta robe blanche…

i szelmowski uśmiech pojawił się na obliczu Baryki, ostentacyjnie wyszła z pokoju. Sprowadził ją spowrotem ksiądz a panna spuścił trochę ze swojej dumy i zaczęła się uśmiechać. Hipolit zaproponował nową wycieczkę, na która udać się mieli on na koniu, Cezary, Anastazy i panna Karolina. Po obiedzie bryczka była gotowa i stanęła przed gankiem. Powoził nią Jędrek a w bryczce zajęli miejsce Karolina z księdzem na ruchomym siedzeniu wiszącym na pasach. Cezary siedział twarzą do nich na przednim obok Jędrka. Konie były bardzo narowiste i początkowo nie chciały ruszyć, gdy jednak woźnica dotknął je batem szarpnęły ruszając ostro. Anastazy i panna spadli do tyłu i leżeli z zadartymi nogami. Widać było czarne niezapominajki księdza oraz nogi w białych pończochach podtrzymywanych podwiązkami Karoliny. Po raz drugi tego dnia spotkała ją przykrość. Aż Cezaremu żal się jej zrobiło i zaoferował jej wszelką pomoc. Ta jednak ze łzami w oczach odpowiedziała że jej nie potrzebuje. Wokoło natomiast wszyscy śmiali się nie przejmując jej rozpaczą. Gdy tylko ruszyli myśli Cezarego odleciały zaraz w dal. Z ciekawością chłopca oglądał okolicę i mijanych chłopów i Żydów, rozkoszując się tymi widokami. Po niedługiej jeździe drogę zagrodziła im brama, która została otwarta przez chłopca przybyłego na głośne wezwanie Jędrka. Wjechali na zarośnięty chwastami dziedziniec, który otaczały zabudowania. Był tam stary dwór i nowe budowle folwarczne. Cezary z Karoliną nie udali się do dworu jak pozostali, tylko ruszyli nad pobliski staw. Tam Cezaremu zdało się, że już to miejsce widział, był tu i zdał sobie sprawę, że za takim miejscem jego matka przepłakała swoje życie. Z zadumy wyrwała go panna Szarłatowiczówna, która zaczęła opowiadać o swojej rodzinie, zamęczonej przez bolszewików. Taki staw był przed ich domem na Ukrainie. To wyznanie skłoniło Cezarego do tego, żeby opowiedzieć jej o swojej rodzinie. Nigdy wcześniej nikomu tak się nie otworzył jak tej nieznanej przecież dziewczynie. Opowiadał wszystkie szczegóły, niektóre dopiero teraz sobie uświadamiając. Później rozmowa zeszła na bolszewików, których Karolina szczerze nienawidziła a za którymi ujmował się Cezary. Przerwał jednak rozmowę o tym, mówiąc że nie jest tu aby prawić o polityce. Chciałby dostać tu posadę, chodźmy pisarczyka i móc poznać tutejszych, zwykłych ludzi. Byłby dobrym pracownikiem, a po pracy siadał by pod lipami i przyglądał się tej pięknej okolicy. Jednak po rozmowie na ten temat z Hipolitem, którego niezmiernie zaskoczył, zrezygnował z tego pomysłu. Według swojego przyjaciela nie byłby on prawdziwym pisarczykiem, chciałby się tylko komunizować z ludem a w niedziele nadal zabawiać z państwem, zajmując jednocześnie miejsce temu, komu ta praca potrzebna jest do przeżycia. To go przekonało! Przestał o tym myśleć. Nie miał wcale czasu na takie fanaberie. Od rana do późnego wieczora uczestniczył w śniadaniach, drugich śniadaniach, obiadach, podwieczorkach, kolacjach i podkurkach. W krótkich przerwach pomiędzy tymi posiłkami wyrywał się z resztą towarzystwa na jakąś przechadzkę lub przejażdżkę, ale gdy wracali Maciejunio dumny prezentował zastawiony stół zachęcając do jedzenia. Czasem Cezary wymykał się do stodół, obór i innych budynków folwarcznych gdzie brał udział w pracach tam wykonywanych. Rozrywką wszystkich było też niby segregowanie jabłek, które znoszone były z sadów na strych. Całe towarzystwo udawało się tam, a gdy już się tam znaleźli tracili swoje dystyngowane pozy i zaczynały się gonitwy i harce. Wiele razy podczas takich zabaw Cezaremu udawało się złapać Karolinę i przytrzymywać ją przy sobie dłużej niż nakazywała by to przyzwoitość. Czasami też muskał swoimi ustami jej policzek i wtedy następowały dąsy kilkugodzinne, a później obietnice poprawy. Te wszystkie zajęcia były niczym w porównaniu z tym co przygotowywała wdowa z Leńca. Postanowiła ona zorganizować bal charytatywny, na którym zbierane będą fundusze na zakup protez dla inwalidów wojennych. Cała okolica brała udział w przygotowaniach, a Hipolit i Cezary zostali jednymi z głównych pomagierów. Baryka miał być jednym z tancerzy, co wymusiło na nim posiadanie fraku. Hipolitowi po długich namowach i błaganiach udało się namówić go do przyjęcia tego stroju od niego. Gdy Cezary pogodził się już ze swoim upadkiem ruszyli do Częstochowy, gdzie obstalowali najmodniejszy u tamtejszego mistrza. Po kilku dniach wraz ze wszystkimi dodatkami znalazł się on w jego pokoju. Panna Karolina zadbała aby był on w należytym porządku i odpowiednio ułożony. Niedługo nadarzyła się okazja żeby podziękować jej za te starania. Któregoś dnia Cezary przymierzał właśnie frak, gdy usłyszał schodzącą po schodach pannę Szarłatowiczównę. Wychylił się ze swojego pokoju ukazując we fraku. Dziewczyna zachwyciła się jego widokiem, a on zaprosił ją na chwilę do swojego pokoju, mówiąc że ma jej coś ważnego do powiedzenia. Karolina wślizgnęła się tam na palcach, a  gdy to się stało Cezary porwał ją w ramiona, zaczął tańczyć a potem całować. Opamiętała się dopiero pod dłuższej chwili i szybko uciekła do ogrodu. Cezary był pewny, że nikt nie widział ich schadzki, ale mylił się. Całe zajście obserwowała panna Wanda, miejska pianistka, która po wspólnym koncercie z Cezarym zakochała się w nim bez pamięci. Widząc go całującego się z inną wpadła w wielką rozpacz i mocno musiała się powstrzymywać, żeby nie wyć z bólu.

Tymczasem zbliżał się piknik i Cezary coraz więcej miał w związku z tym zajęcia. Któregoś dnia wylądował w Odolanach, gdzie miał się on odbyć i oczekiwał na konie, które miały go zawieść do Nawłoci, gdy wpadła tam pani Laura. Zdziwiła się jego widokiem a on aż cały zadrżał na jej widok. Obiecał, że pomimo zazdrości jej narzeczonego będzie z nią tańczył cały piknik. Zaproponowała, że podwiezie go. Gdy wsiedli do ciemnego powozu Cezary nie zastanawiając się długo objął ją ramionami i przywarł do jej ust. Nie broniła się, ani nie krzyczała. Poddała mu się bez oporu. Pocałunki i pieszczoty trwały aż do Nawłoci. Tam Cezary ucałował jej ręce i opuścił pojazd, a  ten hurkocząc po kamieniach odjechał w ciemność. Kilka dni później pani Laura wpadła do Nawłoci z zadaniami dla jej pomocników. Wydawała polecenia a Cezaremu szepnęła coś na ucho. Wywołało to u niego skryty uśmiech, którego nikt dostrzec nie mógł. Wieczorem szybko udał się na spoczynek, tłumacząc się bólem głowy ale faktycznie, gdy wszyscy myśleli że śpi już twardo był w drodze do Leńca. Dostał się do dworu umówionymi drzwiami i zasiadł w oświetlonej bibliotece, gdzie czekał udając że czyta. Nagle usłyszał głosy, z góry schodzili Laura, jej narzeczony Barwicki i matka jej byłego męża. Początkowo ogarnął go niepokój i nienawiść do tego mężczyzny, ale później uspokoił się i postanowił czekać. Wdowa pożegnała narzeczonego i matkę mówiąc, że zaraz kładzie się spać. Weszła zaraz do biblioteki i pociągnęła przybysza na górę do sypialni. Tam oboje oddali się boskiej rozkoszy.

Nadszedł oczekiwany dzień balu. Młodzi wystrojeni we fraki ruszyli z ochotą na spotkanie z zabawą. Jednak gdy byli już na miejscu, Cezary poczuł się nieswojo. Błąkał się sam pomiędzy nieznanymi ludźmi i cały czas myślał o tym czy zachowuje się odpowiednio. Z opresji wyratowało go przyjazd Nawłoci. Pojawili się wszyscy, pani Wielosławska, wujcio Michał, dwie ciotki, panna Karolina i o dziwo Wanda, którą na siłę tutaj przyciągnięto. Cezary zaraz poprosił Karusię do tańca, w którym czuł się o wiele swobodniej. Jednak poza jej ramionami, jego wzrok podążał za Laurą, która zjawiła się w pięknej sukni balowej, a której nie odstępował ten idiota Barwicki. Na niego zaś spoglądały zamglone oczy panny Wandy, która siedziała na stołku jak na rekolekcjach i nie była w stanie ich od niego oderwać. Nienawistnie zaś zerkała na Karolinę myśląc o niej same złe rzeczy. Cezary wpadł w szał taneczny. Gdy skończył z Karoliną ruszył do najbliższej panny, a później nie pogardził nawet ciotką. Przyszła też kolej na Wandę, która rozpływała się w jego ramionach tak że musiał ją taszczyć jak worek kartofli, a później na jego upragnioną Laurę. Gdy dostała się w jego ramiona zaczęła mu szeptać do uszka, że jest najprzystojniejszy, najmodniejszy, najpiękniejszy i w ogóle naj. Mówiła, że kocha go całego do szaleństwa. Tańce zostały przerwane pojawieniem się gospodarza pana Storzana, przykutego do wózka. Wzniósł on toast za wszystkich okaleczonych podczas ostatniej, chwalebnej wojny. Po tym przerywniku większość ruszyła do sali jadalnej, gdzie czekały na nich wyborne przekąski, a pani Wielosławska zaprowadziła Wandę do stojącego w rogu fortepianu i tonem nie znoszącym sprzeciwu kazała grać co umie najlepiej. Dziewczyna strwożona była wielce, ale gdy tylko jej palce dotknęły klawiszy i wydobyły dźwięki z instrumentu, zapomniała o tym gdzie się znajduje i zatopiła się w muzyce. W sali zrobiło się zamieszanie, ponieważ część osób wchodziła, część wychodziła a jeszcze inni słuchali muzyki. Laura wykorzystała ten moment. Skinęła lekko brwiami w stronę Cezarego i niepostrzeżenie wymknęła się. Wyszedł też i on, wprawdzie innymi drzwiami i w inną stronę, ale dążąc w to samom miejsce. Były jednak oczy, które wypatrzyły to wspólne wyjście. Karolina już od dłuższego czasu przyglądała się im, ze zgrozą odkrywając, że jej luby, który tyle razy całował ją namiętnie, całą swoją uwagę poświęca wdowie. Gdy zobaczyła jak wychodzą otrzymała jakby cios w serce i odtąd zagościła w nim rozpacz. Wyszła jak najszybciej do ogrodu, obijając się o pnie drzew nie wiedząc dokąd idzie. W pewnym momencie usłyszała szepty i była pewna, że to oni tam właśnie się spotkali. Umknęli jednak gdy się zbliżyła, dostrzegając jej białą suknię. Karolina wróciła zmarznięta do sali, gdy Wanda Okszyńska skończyła już grać i na nowo rozpoczęły się tańce. Siedziała trzęsąc się z zimna gdy ksiądz Anastazy zaczął opowiadać jak to ona pięknie tańczy kozaka. Wszyscy zaczęli ją prosić o taniec, a ona w ogóle nie miała na niego ochoty. Już miała odmówić, gdy zobaczyła Cezarego, który również ją o to prosił. Zaproponowała, że zatańczy jeżeli on będzie jej partnerem. Stanęli naprzeciwko siebie i po chwili rozpoczęli szalony taniec. Karolina tańczyła zawadiacko, narzucając się swoim zgrabnym ciałem partnerowi. Ich każdy krok, każdy uśmiech pilnie śledziła z jednej strony Wanda, a z drugiej czująca jeszcze fale rozkoszy jakie zostawił w niej jej Czaruś, Laura. Po tańcach porwali go Hipolit z Anastazym i rozpoczęło się picie. Pierwszy odpadł Hipolit, Cezary niedługo później. Rano obudził się nie wiedząc dokładnie gdzie jest. Obok chrapał Hipcio a ksiądz mył się  właśnie w misce. Razem z nim postanowił jechać do Nawłoci.

Po pikniku nastały dni nudy i zwykłości dla Cezarego wypełnione tęsknotą za jego ukochaną. Nikt oprócz Karoliny nie domyślał się co się z nim dzieje, a już najmniej panna Wanda, którą w pewnym momencie musiał od siebie odganiać. Z odrętwienia wyrwała go dopiero wizyta pani Kościenieckiej, która długo zabawiła w Nawłoci, wspominając niedawną zabawę. Czujne oko Karusi uchwyciło karteczkę, którą na pożegnanie wsunęła ona Czarkowi. Ten na drugi dzień poprosił o konie do Częstochowy, gdyż musiał wysłać pilny telegram do pana Gajowca. Odtąd często znikał w nocy a Karolina z rozpaczą wyczuwała perfumy Laury na jego ubraniu. Jednego z ostatnich dni listopada, gdy Cezary wrócił z pobliskiego miasteczka w Nawłoci zastało go wielkie zamieszanie a ksiądz wzywał go rozkazującym tonem do pokoju Karoliny, mówiąc że ta umiera. Powiedział jednocześnie, że słuchał jej spowiedzi i wie wszystko co się wydarzyło, choć milczeć musi. Gdy Cezary dotarł na miejsce zastał ją w agonii. Lekarz, który przybył nie mógł nic poradzić, kazał tylko wejść do pokoju umierającej Baryce, ponieważ ta wzywała go przed śmiercią. Karolina umarła trzymając go za rękę a on złożył na jej ustach ostatni pocałunek. Lekarz stwierdził że oczywistym jest iż było to otrucie. Po chwili grozy rozpoczęło się dochodzenie jak mogło do tego dojść. Ustalono, że tego dnia dłuższy czas spędziła ona w pokoju państwa Turzyckich, rodziny rządcy w Nawłoci, gdzie mieszkała również panna Wandzia. Piła tam ona wodę z sokiem porzeczkowym, którą przygotowały dla niej pani Turzycka i panna Wanda. Przeprowadzono śledztwo. Sekcja zwłok wykazała, że w ciele Karoliny znajdowała się strychnina, którą podczas rewizji znaleziono w domu pana Turzyckiego. Wanda została aresztowana, ale później w wyniku braku dowodów wypuszczona. Na Cezarym natomiast całe zajście nie odcisnęło jakiegoś widomego piętna. Widoki jakie oglądał i przeżycia jakie dostarczyła mu rewolucja uodporniła go na wszystko. Jednak to dzika namiętność do swojej ukochanej była największą przyczyną jego obojętności na te zdarzenia. Wręcz cieszył się, że mógł zanosić swojej lubej najnowsze wiadomości i plotki. Ale w końcu wszystko się wydało. Którejś nocy gdy jak zwykle przekradał się do biblioteki wpadł tam na czekającego Barwickiego, z którym wdał się w bójkę. Rozdzieliła ich dopiero Laura, która udawała przed narzeczonym, że jest narażona na potworne zaloty tego młodzieńca, a Barykę wzrokiem błagała żeby stąd wyszedł. Ten jednak był w szale i nadal lał szpicrutą wyrwaną Barwickiemu, jego właśnie. Gdy Laura zasłoniła go sobą i krzyczała na niego dostało się także jej. Oberwała w twarz, po czym Cezary wyszedł. Błąkał się długo po polach i lasach rozpamiętując to co się stało, raz żałując tego co zrobił to znów myśląc że postąpił dobrze. Gdy już świtało dotarł na cmentarz przed grób rodziny Wielosławskich, gdzie niedawno odbywał się pogrzeb Karusi. Zastał tam księdza Anastazego. Ten powiedział mu, że powinien się pomodlić na grobie Karoliny, ale Cezary nie zgodził się z nim. Nie czuł się winny jej śmierci, choć ksiądz twierdził inaczej. Wyśmiał go gdy zaproponował że wysłucha jego spowiedzi. Gdy w końcu dotarł do swojego pokoju rzucił się na łóżko i przespał cały dzień i część nocy. Obudził go Hipolit, który chciał się dowiedzieć co się dzieje. Ludzie mówią mu różne rzeczy, w które on nie chce wierzyć, a Cezary wyraźnie go unika. Nie musi niczego ukrywać, ponieważ cały dzień wszyscy mówili tylko o nim i jego wyczynach. On Hip, chce mu pomóc i zawsze przy nim będzie stał, choćby nie wiem co się wydarzyło. Po takim wyznaniu Cezary poprosił go żeby mógł pojechać do małego folwarczku zwanego Chłodek, w którym kiedyś byli i poegzystować tam samemu, przemyśleć wszystko. Hipolit stwierdził, że zaraz wyda dyspozycje. Potem długo ściskali sobie ręce, a panicz nazywał Cezarego głupcem. Głupcem ponieważ zmarnował Karusię, w której on widział jego przyszłą żonę. Marzył, że kiedyś osiądą razem na Chłodku i będą jego sąsiadami. Ale teraz wszystko przepadło. Gdy nastał ranek Cezary był już w Chłodku, gdzie odprowadził go jego przyjaciel. Przywitał go pan Gruboszewski, tamtejszy rządca i zaczął ugaszczać jak tylko mógł. Widział w nim bowiem kontrolera nasłanego przez dwór. Cezary długo zbawił w tym miejscu. Imał się każdej roboty i oglądał jak żyją tamtejsi ludzie. Oglądał biedę chłopów, którzy myślą tylko o tym żeby przeżyć i nie głodować, widział śmierć wokół nich i ciężką pracę. Nie pojechał do Nawłoci na święta, spędził je z rodziną Gruboszewskich pomimo namów Hipolita. A gdy od niego dowiedział się o tym że Laura jest już panią Barwicką, postanowił wyjechać. Ucieszył tym bardzo pana Gruboszewskiego, który żegnał go wylewnie. O wiele mniej czule żegnano go w Nawłoci, myśląc że dziwnym był on gościem. Jedyną zrozpaczoną osobą była Wanda Okszyńska, która podkrążonymi oczyma wpatrywała się w pana Czarusia, który właśnie znikał z jej świata. Po drodze na stację, gdy mijali Leniec wielkie łzy zaczęły ściekać po jego policzkach, a Hipolit siedzący obok przycisnął jego głowę do piersi udając, ze ich nie dostrzega.

<< Przedwiośnie – Część I – Szklane domy | Przedwiośnie – Część III – Wiatr od wschodu>>


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

stat4u