Ludzie bezdomni – Tom I

Ludzie bezdomni – Rozdział I – Wenus z Milo

Pola Elizejskie, piękne miejsce w Paryżu, gdzie zawsze pełno było spacerujących. To właśnie tamtędy Tomasz Judym wracał z Lasku Bulońskiego, przyglądając się tłumowi wokół. Nie chciało mu się iść do swojego pustego pokoju, w którym ostatnio egzystował, a tym bardziej do kliniki. Postanowił odwiedzić ten słynny Luwr. Gdy tam się znalazł owionął go tak pożądany chłód. Nie interesował się zbytnio eksponatami tam się znajdującymi. Nade wszystko pragnął odpoczynku z dala od gorącej, paryskiej ulicy. Znalazł sobie ławeczkę w sali poświęconej Wenus z Milo. W zakątku, tworzącym niewielkie pomieszczenie stał posąg białej Afrodyty. Nigdy nie przyglądał się jej dokładnie, ale teraz dla zabicia czasu wpatrzył się w jej wizerunek. Zaczął przypominać sobie mit opowiadający o jej narodzinach i przygodach, nie zwracając uwagi na przechodzących obok. Ocknął się dopiero gdy usłyszał polską mowę. Jego oczom ukazała się grupka czterech kobiet. Dwie z nich były jeszcze podlotkami, trzecia dwudziestokilkuletnia, piękna i zgrabna, a czwartą była gruba matrona. Uskarżała się bardzo na zmęczenie i napomknęła o ławeczce, na której siedział Judym. Ten wstał z niej i podszedł do posągu, niby to dla oglądnięcia z bliska biustu. Zdziwiło to panie i sprawiło, że przyciszyły zaraz głos, jednak najstarsza skwapliwie skorzystała z opuszczonego miejsca i rozsiadła się wygodnie. Nakazała pozostałym oglądnąć dokładnie ten posąg aby później na salonach mogły powiedzieć o nim cokolwiek. Młodsze znudzone były wszystkimi

tymi muzeami, obrazami i rzeźbami. Pragnęły natomiast zwiedzać ulice Paryża, na których działo się tyle ciekawych rzeczy. Starsza jednak z zainteresowaniem oglądała wszystko i czytała odpowiednie akapity z Bädecker?a. W końcu ruszyły dalej na poszukiwanie posągu Amora i Psyche, choć starsza pani nie była pewna, czy powinny go oglądać młodsze panny. Tomasz przysłuchiwał się cały czas ich rozmowie nie mogąc sobie odmówić tej przyjemności. Gdy jednak odchodząc panie zastanawiały się gdzie znajdą ten posąg, zaoferował swoją pomoc, odzywając się po polsku. Spowodowało to chwilową konsternację, ale nie trwała ona długo. Przedstawili się sobie nawzajem. Starsza pani nazywała się Niewadzka, dwie najmłodsze były jej wnuczkami i nazywały się Orszeńskie, a starsza była ich przyjaciółką, panną Joanną Podborską. Od doktora dowiedziały się, że jego ojciec był szewcem w Warszawie, skąd on pochodzi ale częściej robił pijackie awantury niż buty. Rozmowa ustała gdy dotarli do sali z poszukiwanym posągiem. Doktor Judym będąc człowiekiem z gminu nie śmiał szukać towarzystwa tych panien i zastanawiał się właśnie w jaki sposób się pożegnać, gdy z opresji wybawiła go pani Niewadzka. Panie chciałyby bardzo dostać się do Wersalu i w ogóle pozwiedzać okolice Paryża, ale nie mają pojęcia jakiego środka lokomocji powinny użyć. Tomasz zadowolony zaoferował swoją pomoc stwierdzając, że właśnie spod Luwru odjeżdża tramwaj, który zmierza wprost do Wersalu. Zaraz dowie się wszystkiego na stacji. Po chwili wracał już z niezbędnymi informacjami i przekazał je swoim nowym znajomym. Najmłodsza z nich, Wanda, była zachwycona. Krzyczała, że jadą do Wersalu a pan Judym z nimi, ponieważ babcia mimo wszystko, zgodziła się na to. Babcia zarumieniła się z zakłopotania, a Judym już polubił tą niesforną Wandę. Umówili się na jutro na dziesiątą, po czym rozstali. Tomasz był więcej niż zadowolony. Oto zdarzyło się coś o czym marzył od zawsze. Zbliżył się do kobiet, które do tej pory tylko oglądał z daleka na ulicy.

stefan_zeromskiNastępnego dnia był na miejscu spotkania dużo wcześniej. Czas oczekiwania zajęło mu rozmyślanie o swoim pochodzeniu, o ulicy Cichej w Warszawie, skąd się wywodził i im dłużej o tym myślał był coraz bardziej pewny, że poznanie wczoraj panie nie zjawią się. Z tej zadumy wyrwał go głos młodej Wandy, która tuż za nim mówiła, że była pewna iż doktorek będzie już na nie czekał. Odwrócił się i zobaczył wszystkie poznane wczoraj panie. Ucieszył się i wsiadł zaraz za nimi do tramwaju. Ruszyli przez Paryż oglądając widoki i rozmawiając o urokach tego miasta. Gdy minęli Sevres nadciągnęła ciemna chmura, która przyniosła ulewny deszcz, a wiatr który się zerwał powodował że woda dostawała się pod daszek tramwaju. Panny stłoczyły się w najbardziej osłoniętym miejscu a Tomasz po rycersku osłaniał je swoim ciałem. Podczas walki z deszczem, pośród skupionych sukien dostrzegł odsłoniętą dość wysoko nogę w czarnych pończochach. Nóżka należała do panny Natalii, starszej wnuczki pani Niewadzkiej. Długo pozostawała ona na widoku, a doktor śmiało chłonął ten obraz. Gdy dotarli do Wersalu deszcz siekł nadal. Wszyscy stłoczyli się w małej budce na stacji tramwajowej. Judym miał przed swoimi oczami twarz panny Natalii, która stała bardzo blisko niego. W pewnej chwili ich oczy spotkały się a ona prze chwilę nie spuszczała wzroku. Później w wyniku jakiegoś poruszenia ich ciała dotknęły się i oboje trwali w takiej pozie o wiele dłużej niż było to konieczne. Deszcz przestał w końcu padać i można było rozpocząć  zwiedzanie pałacu. Judyma niewiele to obchodziło, był już tutaj dwa razy. Skupił się natomiast na pannach, a szczególnie na Joannie, która wydawała się jakby nieobecna. W pewnym momencie zatrzymała się przy oknie, z którego widać było bramę główną i zamyśliła głęboko. Na pytanie Tomasza o powód tej zadumy odpowiedziała, że myśli o Marii Antoninie, która przez to okno widziała wdzierający się tutaj pijany motłoch i aż przestraszyła się tej wizji.

W drodze powrotnej zatrzymali się w Saint-Cloud, skąd podziwiali panoramę Paryża, a doktor wpatrywał się w pannę Joannę rozmyślając czy przypadkiem nie widział jej już wcześniej. Na dworcu Saint-Lazare rozstał się ze swoimi towarzyszkami, a od pani Niewadzkiej dowiedział się że nazajutrz wyjeżdżają one do Trouville, a stamtąd do Anglii.

Ludzie bezdomni – Rozdział II – W pocie czoła

Rok później doktor był już w Warszawie po długiej i szybkiej podróży koleją. Z przyjemnością zaglądał w znane sobie miejsca sprawdzając, czy dużo się zmieniło. A nie zmieniło się prawie nic. Przechodził obok tych samych żydowskich sklepików i kupców, których zostawił tutaj przed odjazdem i spacerował tymi samymi ulicami, w wielu miejscach ze zniszczonym brukiem i chodnikami. Tak idąc udał się do rodzinnej kamienicy wchodząc tam z niejakim wstydem. Zmierzając na najwyższą kondygnację przypominał sobie czasy swojego dzieciństwa. Nie zastał jednak nikogo, a od dziewczyny która pojawiła się w sąsiednich drzwiach dowiedział się że ciotka jest zapewne na podwórzu z dziećmi. I faktycznie tam ją zastał. Podchodził do niej powoli, mocując się z sobą, ponieważ nie w smak mu było witanie się z nią przy wszystkich. Zrobił to jednak wdając się z nią w krótką rozmowę. Dowiedział się z niej, że jego bratowa i brat pracują w fabrykach, a ona zajmuje się dziećmi i domem. Wokół nich biegała czereda rozwrzeszczanych i umorusanych dzieci, wśród których rozpoznał Franka i Karolinę, swojego siostrzeńca i siostrzenicę. Rozmowa z ciotką nie kleiła się jednak, więc poprosił ją o adres fabryki, w której pracowała bratowa i tam skierował swoje kroki. Po drodze mijał już nie kamienice, ale drewniane i brudne budy, które w tej części miasta były głównymi budowlami. Gdy dotarł na miejsce i przekonał stróża aby wpuścił go do środka, zobaczył kilkaset osób stłoczonych w niskich pomieszczeniach i wykonujących powtarzalną i monotonną pracę. Wewnątrz unosił się zapach starego tytoniu, którego wdychanie powodowało przyspieszenie oddechu. Żeby dotrzeć do bratowej musiał przejść kilka pomieszczeń, w których wykonywano różne czynności. Judymowa pracowała przy pakowaniu tytoniu w papierowe torebki, którą to czynność wykonywała wraz z trzema innymi osobami. Pracowali szybko i rytmicznie jak automaty. Ta doskonałość została zachwiana gdy Judymowa zobaczyła szwagra. Dwie wielkie łzy spłynęły jej po policzkach i przerwała swoją pracę. Doktor przekazał jej, że będzie na nią czekał na dziedzińcu za kwadrans, kiedy to będzie miała przerwę obiadową. Gdy to się stało wybiegła pierwsza witając się z nim i z przyzwyczajenia puściła się pędem do domu wypytując Tomasza o różne sprawy. Gdy dotarli na ich poddasze okazało się, że brata nie będzie ponieważ jada on obiady gdzie indziej, więc Judym po krótkim pobycie uciekł szybko i udał się do Ogrodu Saskiego tam szukając chłodu przed skwarem. Odpoczywając oddał się marzeniom, które w jego głowie tkwiły już od czasów szkolnych. Dokonywał rewolucyjnych odkryć w terapii nieuleczalnych chorób, usuwał nieczystości z miast i wynajdywał nowy środek lokomocji, pozwalający na pozbycie się fabryk z miast i rozmieszczenie ich po całym kraju. Tak rozmyślając ani się spostrzegł gdy zrobił się wieczór. Nie miał jednak ochoty spotykać się z bratem, chociaż obiecał, że odwiedzi go jeszcze dzisiaj. Perspektywa wmieszania się znowu w ten motłoch, który kręcił się po tamtej dzielnicy napawała go odrazą. Dzień zakończył w restauracji, a do brata udał się rankiem. Spotkali się w drzwiach gdy tamten wychodził do pracy. Przywitali się dość chłodno a Tomasz zaproponował, że go odprowadzi. Ruszyli w drogę podczas której rozmowa nie kleiła się im zbytnio. A gdy doktor zaczął wyrzucać bratu że zmienia pracę zmuszając żonę do zarobkowania w tak ciężkich warunkach, ten zarzucił mu że nic mu do tego i nigdy tego nie zrozumie, ponieważ on teraz pan i zawsze żył w cieplarnianych warunkach u ciotki, która zabrała go za młodu. Tomasz oburzył się na takie stwierdzenie, ponieważ ciotka ich była pierwszą grandą Warszawy i zawsze pełno było u niej gości. Wprawdzie zabrała go do siebie, ale ile musiał się nacierpieć to tylko on najlepiej wie. Nigdy nie miał swojego miejsca przeganiany z kąta w kąt a od każdego dostawał baty lub choćby kuksańca. Jedyną korzyścią była szkoła, do której mógł uczęszczać. Ale dość już o tym. Tomasz i Wiktor szli dalej w milczeniu i tak doszli do dzielnicy fabrycznej, którą oglądać mogli ze wzgórza. Tam dołączył do nich młody pomocnik inżyniera więc dalszą drogę odbyli z nim razem. Brat wyprosił u nowego towarzysza, żeby doktor mógł zwiedzić fabrykę. Młodzieniec zgodził się i Tomasz razem z nim zapuścił się w wielkie pomieszczenia huty. Obserwował tam z nieudawanym zainteresowaniem maszyny, które z łatwością radziły sobie z grubymi sztabami metalowymi, ludzi z zadziwiająca siłą i precyzją posługujących się młotami oraz proces produkcji stali w wielkiej gruszce, z której buchał początkowo czarny dym, a który stopniowo zmieniał się w coraz jaśniejszy ogień. Tam ponownie zobaczył swojego brata.

  • Plemiona

Ludzie bezdomni – Rozdział III – Mrzonki

Doktor Judym po powrocie do kraju złożył swoje uszanowanie innemu lekarzowi Antoniemu Czerniszowi, który był szanowany za swoje osiągnięcia w kraju, a jeszcze bardziej za granicą. Zbierali się u niego koledzy po fachu prowadząc dyskusje na tematy zawodowe i Tomasz został zaproszony do koła. W następną lekarską środę,  w ten bowiem dzień spotykali się lekarze w mieszkaniu doktora Czernisza, Tomasz udał się pod wskazany adres. Miał odczytać swój rękopis napisany jeszcze w Paryżu i gdy zbliżał się do mieszkania doktora jego gardło coraz bardziej zaciskało się. Był nawet moment pełnej paniki, ale w ostateczności dotarł na miejsce. W środku zobaczył wielu lekarzy, których znał lub nie co sprawiało, że stawał się coraz bardziej sztywniejszy. Jego pewność podniosła piękna pani Czerniszowa, która widząc jego tremę starała się go rozluźnić jak tylko mogła. Gdy jednak przyszedł czas odczytu uspokoił się znacznie. Zaczął czytać. Jego referat w pierwszej fazie dotyczył zastosowania nowych środków w procesie dezynfekcji szpitali i mieszkań prywatnych. Opisywał wszystko co udało mu się na ten temat dowiedzieć w Paryżu. Później przeszedł do opisywania warunków w jakich egzystuje tamtejsza biedota, czytał o przytułkach które odwiedził oraz o dzielnicach przez nich zamieszkałych, zwanych Cité. W Polsce również jest wiele takich miejsc, kontynuował dalej doktor. Podobnie wyglądają dzielnice żydowskie i podobnie żyją ludzie na wsiach, ściśnięci w małych izbach i pozbawieni odpowiedniego pożywienia. A co lekarze robią w sprawie poprawy warunków, w których oni żyją? Co robią żeby poprawić higienę ich otoczenia? Nic! A przecież obowiązkiem lekarzy jest zapobieganie chorobom i dbanie o ich zdrowie. To lekarze powinni szerzyć wiedzę o zachowaniu higieny właśnie w tych miejscach, w których jej nie ma. Takie stwierdzenia spowodowały, że w sali powstał szmer a im dalej Tomasz brnął wyłuszczając swoje tezy tym protesty stawały się coraz głośniejsze. Gdy Judym skończył odczyt rozpoczęło się jego omawianie przez zebranych. Pierwszy głos zabrał dr Kalecki, który stwierdził, że rolą lekarza nie jest dbanie o higienę wśród biedoty. Lekarz ma leczyć i oświecać i na tym się jego rola kończy. Wielu jest lekarzy, którzy narażając zdrowie i nieraz życie niosą pomoc tym biednym ludziom i robią o wiele więcej niż nakazuje to zawód lekarza. Dlatego nie można powiedzieć, że ludzie ci są zostawieni sami sobie. Drugi mówca zarzucił Judymowi, że oskarża lekarzy o bycie doktorami bogaczy i chęci stania się bogaczami. A dlaczego mieliby wyrzekać się dostatków świata doczesnego? Są przecież ludźmi, mają do wykarmienia rodziny i gdy prelegent znajdzie się w takim stanie może zmieni swoje przekonania. Tomasz poczuł się w obowiązku zareagować na takie stwierdzenia. Powiedział, ze nie było jego celem obrażanie stanu lekarskiego ale spowodowanie żeby jego członków uczulić na to co jest ważne dla społeczeństwa. Żeby nie tylko bogacz miał dostęp do środków higieny ale także ten biedak. Zapewnić mu to powinni pracodawcy a lekarze powinni naciskać na to aby tak się stało. Co do bogactwa to nie ma nic przeciwko pieniądzom, każdy lekarz ma prawo je mieć. To wywołało nową falę protestów. Doktor Judym tracił pewność siebie i zaczynał się pocić. Sytuację uratował dr Czernisz, który dał dyskretnie znać żonie, że czas prosić wszystkich na kolację. Tomasz został zaproszony również. Podczas kolacji pani domu starała się go zabawić rozmową, ale nie był on do niej skory. Po skończonym jedzeniu, wymknął się jak kilku innych i wyszedł na ulicę. W jego stronę podążał gruby jegomość, który okazał się być Żydem lekarzem o nazwisku Chmielnicki. Mówił Tomaszowi, że żal mu go było, ale też podziwia jego odwagę. Jednak zawód lekarza nie jest stworzony do filantropii. A w ogóle dlaczego lekarz ma nim być a nie np. poeta, stolarz itp. Zawód lekarza to interes jak każdy inny i on tego się trzyma. Judym odpowiedział mu na to, że w przyszłości wszystko to o czym mówił będzie faktem i lekarze będą mieli właśnie takie miejsce w społeczeństwie. Niech sobie pan lekarz Żyd pomyśli gdzie byłby sto lat temu i na czym polegał wtedy zawód lekarza. Rozmowa zakończyła gdy dotarli na ulicę Długą gdzie mieszkał Judym. Dr Chmielnicki pożegnał się, wgramolił do zatrzymanej dorożki i ruszył w swoją stronę.

Film Doktor Judym – reż jan Weyhert

Ludzie bezdomni – Rozdział IV – Smutek

Piątego października doktor wybrał się na spacer w Aleje Ujazdowskie. Idąc ulicą przyglądał się drzewom tam rosnącym, które przywoływały tyle wspomnień. Była już późna jesień, więc pokryte one były różnymi kolorami a ich refleksy odbijały się w zalegających ulicę kałużach. Doktor rozmyślał o swoich marzeniach i celach i dochodził do przekonania, że mimo swojego wysiłku stanie się tylko jednym z wielu na tym padole. Bardzo ciężko będzie mu podążać ścieżkami, którymi nikt albo bardzo niewielu chodzi. I jeżeli nimi pójdzie to będzie to dla niego męka. Ogarnął go smutek. Ale nagle, gdy próbował przejść na drugą stronę ulicy zobaczył coś co poprawiło jego humor. W przejeżdżającym wolancie zobaczył trzy panny, z którymi w Paryżu jeździł do Wersalu. Siedziały tam panna Natalia, która go spostrzegła i której skinął kapeluszem, oraz Joanna i Wanda. Trwało to chwilę ponieważ wolant zniknął zaraz za drzewami a Tomasz ruszył dalej znowu pogrążony w marzeniach.

Ludzie bezdomni – Rozdział V – Praktyka

Judym uruchomił swoją praktykę na ulicy Długiej w wynajętym mieszkaniu. Tabliczki informacyjne głosiły, że przyjmuje on w godzinach od siedemnastej do dziewiętnastej i skrupulatnie przestrzegał on tego czasu, chociaż przez pierwsze kilka miesięcy nie zjawił się tam żaden pacjent. Obowiązki gospodyni zgodziła się pełnić niejaka Walentowa, a pomagała jej w tym piętnastoletnia córka. Obie zagnieździły się w tym mieszkaniu tak, że nie sposób było zrezygnować z ich usług choćby Judym chciał. Chociaż znikały wszystkie zapasy jakie kupował a kobiety po pewnym czasie bez ogródek wylegiwały się na sofie i oficjalnie pożerały co tylko się dało, to przy próbie wydalenia podnosiły taki lament, że doktor musiał ustąpić. Oddał w ich władanie cale mieszkanie oprócz gabinetu, w którym zamykał się zaraz gdy tam wchodził. Gdzieś około marca zjawiła się u niego wychudła kobieta, która jak doktor miał nadzieję, miała być pierwszym pacjentem. Okazała się jednak przedstawicielką stowarzyszenia nawracającego dziewczyny źle prowadzące się na dobrą drogę a przyszła z prośbą o wsparcie finansowe. Tak wyglądała jego praktyka i nie zanosiło się, że w najbliższym czasie coś się zmieni. Jego pieniądze skończyły się i przyszłość nie rysowała się najlepiej. Doktor rozumiał, że aby to zmienić musiałby wejść w bliższą zażyłość z jego wybitnymi i znanymi kolegami, co spowodowało by że pojawiła by się klientela, ale postanowił iść swoją drogą i nie zbaczać z niej.

Pod koniec marca zjawiła się u niego Wiktorowa z informacją o bracie, który uległ śmiertelnemu wypadkowi. Tomasz czuł się teraz w obowiązku zająć jego rodziną. Zjawił się w ich mieszkaniu niedługo potem i przesiedział całe popołudnie rozmyślając nad tym, że powinien zatroszczyć się o edukację ich dzieci. Wracając natknął się na doktora Chmielnickiego. Zasiedli razem w kawiarni gdzie po serii kawałów, które opowiadał gruby lekarz zaproponował on Judymowi wyjazd do Cisów. Jego bowiem kolega, Węglichowski, poszukuje tam asystenta. Początkowo Tomasz odmówił oburzony na taką propozycję, ale gdy dowiedział się że wiąże się z tym sześćset rubli zarobku i pełne utrzymanie, zmienił zdanie. Zgodził się spotkać z tym Węglichowskim. Nastąpiło to kolejnego dnia. Około kwadrans po siedemnastej zjawił się u niego ów doktor i zaczął go wypytywać o przyczyny chęci wyjazdu z Warszawy. Judym odpowiedział, że po pierwsze nie ma z czego żyć a po drugie nie ma nadziei na poprawę tej sytuacji po swoim odczycie, który nie spodobał się ogółowi tutejszych lekarzy. Po dłuższej rozmowie, podczas której przybyły dyrektor badał usposobienie i kwalifikację Judyma okazało się, że zakład Cisy znajduje się w majątku pani Niewadzkiej. Była to dla Tomasza miła niespodzianka, którą podzielił się z przybyłym. Na koniec doktor Węglichowski wręczył mu sprawozdanie z rocznej działalności i powiedział, ze czeka na jego odpowiedź. Judym odparł, że da ją jutro, choć tak naprawdę decyzję o wyjeździe już podjął. Gdy został sam przed oczyma stanęły mu obrazy twarzy, które prawie już zapomniał. Zaczynał nowy etap życia.

Ludzie bezdomni – Rozdział VI – Swawolny Dyzio

Pod koniec kwietnia, uregulowawszy wszystkie zobowiązania za zaliczkę otrzymaną na poczet zarobków w Cisach, dr Judym był gotowy do odjazdu. Po kupieniu biletu w wagonie drugiej klasy zostało mu w kieszeni niewiele kopiejek. W przedziale, w którym było jego miejsce siedziało już kilka osób, a mianowicie dwie panie i oficer, a po chwili wgramoliła się jeszcze chuda dama ze swoim synem o imieniu Dyzio. Było to niesforne dziecko i gdy tylko zjawił się w przedziale nie dawał nikomu spokoju. Zaczepiał oficera i Judyma, deptał im po nogach oraz wychylał się przez okno tak że wszystkim dech zapierało. Jego matka reagowała na to niemrawo, a syn w ogóle nie zwracał uwagi na to co ona mówi. Dopiero znużenie spowodowało koniec męki pasażerów, ponieważ chłopiec usnął. W Iwanogrodzie Judym przeniósł się do innego wagonu zadowolony że pozbył się tego urwisa. Cieszył się jednak tylko chwilę, ponieważ zaraz za nim pojawiła się chuda dama z nim właśnie. Dyzio używał tam co się zowie, ponieważ był to przedział wspólny dla wielu pasażerów. Około trzeciej Tomasz uszczęśliwiony wysiadł na swojej stacji, Dalszą drogę, tj. ok. pięć mil, miał odbyć powozem. Czekał on już na niego ale gdy po powrocie z bufetu gdzie kupował papierosy zobaczył ich ładujących się właśnie do jego landary, załamał ręce. W pierwszej chwili zamierzał zrezygnować z jazdy, ale po przeliczeniu funduszy nie miał wyjścia. Całą drogę chudej damie nie zamykała się buzia. Jedyną pociechą dla Judyma były widoki i zapachy jakie go zaczęły otaczać. Porównywał je z norą w jakiej mieszkali w mieście gdy był malcem i zastanawiał się co oni tam robili. Z tej zadumy wyrwał go Dyzio, który obudził się jakby z letargu, w którym się znajdował od początku podróży. Zaczęło się od łechtania słomą po nodze, do której sam się chłopak dostał. Judym początkowo nie reagował na to, ale gdy malec zaczął mu pchać do kamasza błoto, które zbierał z pojazdu nie wytrzymał, złapał go i powiedział że zerżnie mu skórę jeżeli nie przestanie. Oczywiście nie przestał. Judym zatrzymał powóz, wyciągnął go z niego przełożył przez kolano i zaczął lać. Wokół niego biegała z krzykiem chuda dama drapiąc go pazurami. Ale nie przestał aż zabolała go ręka. Później oświadczył, że dalszą drogę odbędzie piechotą a woźnica może jechać. Ten nie chciał się na to zgodzić, ponieważ wysłany był po niego, ale nie miał wyjścia. Doktor ruszył piechotą do najbliższej wsi, gdzie udało mu się wynająć wasąg. Powoził nim młody gospodarz, który bocznymi drogami od razu ruszył do celu. Jednak jazda zaczęła się dopiero gdy chłop potężnie łyknął gorzałki, kupionej dla niego w karczmie, i równie szybko się skończyła. Gdy w oddali widać było wieże kościoła w pobliskim miasteczku, pędzący wóz zahaczył o coś i Judym wylądował w zagonach. Chłop leżał nieopodal a obok niego wóz, który nie nadawał się do jazdy. Po chwili woźnica wgramolił się na niego i tam zasnął, znużony ciężką drogą a w szczególności napitkiem. Tomasz nie miał wyjścia i znowu musiał ruszyć na piechotę. Po chwili dogoniły go dwie pary jeźdźców. Z radością rozpoznał pannę Natalię, ale ta radość szybko minęła ponieważ nie zwróciła ona na niego uwagi, choć ich oczy spotkały się. Dotarł do miasteczka i zakładu gdy było jeszcze jasno. Tam został zaprowadzony przez zdziwionego portiera do swojego nowego mieszkania, za którego oknami rozciągał się widok na piękną aleje obrośniętą drzewami. Judym poczuł, że to jest jego miejsce. Będzie tu harował i odda to co dostał od świata!

Ludzie bezdomni – Rozdział VII – Cisy

Cisy był to urokliwy zakątek położony pomiędzy dwoma wzniesieniami. Od pierwszego dnia Judym zaczął poznawać swoje obowiązki i historię tego miejsca. Założył je stary pan Niewadzki, który sam będąc schorowany, postanowił zrobić coś dla chorych. Wciągnął do spółki swoich znajomych i dzięki temu powstał ten zakład. Początkowo był źle zarządzany. Ówczesny bowiem dyrektor chciał z Cisów zrobić kurort europejski. Więcej tu było zabawy niż leczenia. Okazało się również, że nie przynosi on dochodów, a wręcz przeciwnie. Dopiero gdy do spółki wszedł kupiec z Konstantynopola, Leszczykowski, a dyrektorem został Węglichowski, sprawy zaczęły się toczyć właściwymi torami. Od tego czasu Cisy stały się zakładem renomowanym i uczęszczanym.  Judym zaraz na początku dostał list od starego kupca, w którym pisał on że liczy na owocną współpracę i zaangażowanie młodego doktora. Oprócz Węglichowskiego, który zajmował się leczeniem, ale odmówił zajmowania się gospodarstwem, administratorem zakładu był Krzywosąd Chobrzański. Zjeździł on całą Europę wszerz i wzdłuż i miał coś do powiedzenia na każdy temat. Zajmował się dosłownie wszystkim. Od gotowania zupy na wigilię, poprzez wspólną prace z mularzami czy ogrodnikami, aż do renowacji starych mebli. W Europie najwięcej czasu spędził w Monachium, gdzie z czasem dochrapał się swojego własnego antykwariatu, w którym prezentował i sprzedawał sklecone przez siebie dzieła. Utrzymywał on kontakt listowny z Leszczykowskim, który kupował od niego jego antyki i gdy któregoś dnia napisał, że chce wracać znalazł się w Cisach. Pierwsze spotkanie z nim Tomasza potwierdziło jego reputację. Gdy Judym udał się do niego z wizyta, przed jego mieszkaniem kłębiło się mnóstwo dzieci, a na poręczy schodów siedział sokół, którego przez zimę kurował on. Chciał pokazać dzieciarni jakich sztuczek go nauczył, ale skończyło się na tym że ptak walnął go dziobem w łysinę i uciekł do mieszkania ścigany przez Krzywosąda. Po tym wszystkim przyjął swojego gościa serdecznie i prowadził z nim miłą rozmowę. Kasjerem w Cisach był pan Listwa, mąż chudej damy z pociągu i ojczym niesfornego Dyzia. W domu czuł się jak w kieracie, ponieważ Dyzio ćwiczył na nim swoje dowcipy, a matka nie pozwalała na żaden jego opór. Odżywał w pracy, gdzie wśród ksiąg, rachunków i innych papierów czuł się dobrze.

Ludzie bezdomni – Rozdział VIII – Kwiat Tuberozy

Po obejrzeniu zakładu i poznaniu jego pracowników, przyszedł czas na odwiedzenie szpitalika, który miał być pod opieką Judyma. Ponieważ jego zwierzchnikowi ciągle brakowało czasu żeby mu go pokazać, któregoś dnia wybrał się tam samotnie. Droga do niego wiodła przez miasto i Tomasz przechodząc obok prawie już wykończonego, nowego kościoła postanowił zajrzeć do środka. Tam odprawiała się właśnie msza, na której obecne były znane mu panny: Natalia, Joanna i Wanda. Przywitali się lekkim skinieniem głowy, a po mszy doktor udając że ogląda budowlę z zewnątrz czekał na ich wyjście. Pojawiły się razem z księdzem, który okazał się wesołym przedstawicielem kleru i który zaprosił wszystkich na śniadanie. W jego trakcie na plebani zjawił się pan Karbowski, o którym ksiądz nie miał najlepszego zdania. Pochodził on z bogatej rodziny, jednak przehulał cały majątek. Teraz utrzymywał się z gry w karty i pożyczek od kogo się dało. Gdy wszedł na plebanię od razu usiadł naprzeciw panny Natalii, rozmawiając ze wszystkimi, ale wpatrując się w nią zakochanym wzrokiem. To samo czyniła ona i gdy tak siedzieli wpatrzeni w siebie wszystko wokół stawało się dla nich nieważne. Gdy wizyta dobiegła końca panny odjechały swoim wolantem. Karbowski stojąc na ganku spoglądał za nimi tęsknym wzrokiem, a twarz jego wyrażała cierpienie. Dla Judyma wszystko o czym myślał do tej pory, jego plany i zapał z jakim tu przyjechał przestało być ważne. Zazdrościł temu elegantowi miłości jaką był obdarzony przez pannę Orszeńską, a wszystko co czynił ten młodzieniec, jego podejście do życia stało się dla doktora logiczne i właściwe.

Ludzie bezdomni – Rozdział IX – Przyjdź

Nad Cisami przeszła burza. Jeszcze słychać było dalekie grzmoty, a wokół zakładu zieleń wybujała po obfitych opadach. Judym siedział w oknie rozmarzony, wpatrując się w koniec alei. Na coś czekał. Czekał na czyjeś przyjście ?

Ludzie bezdomni – Rozdział X – Zwierzenia

17 października

W rocznicę swojego wyjazdu do Warszawy Joasia wspomina dzień, w którym to się stało. Dzień kiedy opuściła Kielce i swoją ciotkę, a później kleją dotarła do stolicy i zamieszkała u pani Predygierowej. Dostała tam swój własny pokój oraz pensję piętnastu rubli za obowiązek edukowania Wandy. Nie zaznała w tym domu ani przyjaźni a tym bardziej miłości, choć przywiązała się do nich. Była to jednak lodownia, a w takich miejscach ciężko jest o gorące uczucia. Przez rok, który tam spędziła wchłonęła za to mnóstwo książek i poznała Warszawę, będąc po raz pierwszy w teatrze i spotykając sławnych ludzi.

18 października

Cóż to się stało z Wacławem. Ukończył gimnazjum ze srebrnym paskiem, a skończył tak bezużytecznie. Henryk natomiast został wyrzucony z szóstej klasy, a teraz studiuje sobie filozofię w Zurychu. Ciotka Ludwika powiedziałaby zapewne, że tak się dzieje gdy jest się za mało religijnym.

24 października

Joanna była w teatrze. Grano Nauczycielkę. Nie odebrała tego przedstawienia dobrze i nie utożsamiła się z bohaterką. Sama jest guwernantką i wie, że jest się cały czas na cenzurowanym. Jedna plotka potrafi zaprzepaścić cały dotychczasowy dorobek.

26 października

Czytając Ludwikę Ackermann, która stwierdza że kobieta pisząca poezję jest śmieszna, Joanna doszła do wniosku, że tak jest faktycznie. Poetki bowiem nie umieją wyrazić własnych uczuć pisząc tak jak to czują. Żeby zaistnieć muszą uciekać się do pisania w sposób jaki to robią mężczyźni. Chronią oni bowiem porządek jaki panuje w ich świecie i nie dopuszczają do żadnych zmian. Głos kobiet słyszany jest jakby z za czwartej ściany. A przecież istnieje krzyk kobiety oszukanej, sprzedanej mężowi którego nie kocha, tęskniącej za ukochanym. Tego nie usłyszymy w poezji.

27 października

Joanna zastanawia się jak przełożyć swoje myśli na papier. Chciałaby pisać prawdę i szczerze, ale nigdy nie udaje jej się dosłownie napisać tego o czym pomyślała. No i co jest prawdziwe, czy to o czym myśli, czy to co powstaje z tego po przelaniu na papier?

30 października

Przykład Maryni, przyjaciółki Joanny, ukazuje niewinność kobiety, która jednak byłaby potępiona przez ogół. Zajęta ona była kilkoma mężczyznami naraz, choć jest ona z gruntu niewinna i bardzo prostego serca. Nie rozumie natomiast dlaczego by nie można zadowalać się kilkoma mężczyznami. Podtekst erotyczny gra tu niewielką rolę. Przecież w torcie jego warstwy, każda osobna smakują dobrze gdy weźmiemy je razem.

4 listopada

Ciężki to był dzień. Joanna dowiedziała się od pani Laury, w której domu od trzech lat daje lekcje dziewczętom, że Henryś nie robi doktoratu. Wszczyna natomiast burdy, skandale i awantury. Siedział w policyjnej kozie i ma mnóstwo długów. Jej natomiast pisze co innego. Nie potępiłaby go przecież, ale dowiadywanie się wszystkiego z boku, powoduje jej fatalne samopoczucie.

5 listopada

Joanna po nieprzespanej nocy postanawia nie opuścić Henryka. Weźmie dodatkowe lekcje i dalej mu będzie pomagać. Niech ma choćby jakąś szansę.

6 listopada

Żeby oszczędzić Joanna bierze do siebie pannę Gu?pe, która doda jej co miesiąc osiem rubli. Dzięki temu będzie mogła kupić Wacławowi kożuch i inne ubrania.

13 listopada

Joanna bierze dodatkowe lekcje, które polegają na przygotowaniu Heni L. do klasy wstępnej. Stamtąd pędzi na Powiśle do Blumów i tak cały dzień, który stał się wypchany jak żydowska torba. Nawet w niedzielę nachodzą ją chwile, kiedy zrywa się i chciałaby gdzieś pędzić. Kto by pomyślał, że ona nędzna osóbka z Kielc, zarabiać kiedyś będzie 62 ruble na miesiąc.

Gu?pe już się sprowadziła i teraz zamiast się wysypiać Joanna rozmawia z nią do późnej nocy, a rano wstaje niewyspana.

15 listopada

W niedziele Joanna dużo czyta. Doszła do wniosku, że istnieje jakieś dziwne braterstwo pomiędzy tymi, których już nie ma i którzy wiele przeżyli. Po takich lekturach rozczula się ona bardzo i wtedy najlepszym lekarstwem jest zagłębienie się w lekturę typu: ?Sprawozdanie z siódmego okresu czynności Banku Handlowego? lub ?Jedenaste zgromadzenie ogólne, zwyczajne, akcjonariuszów Drogi Żelaznej Warszawsko ? Terespolskiej?. Zagłębienie się w te dzieła sprawia, że wszystkie troski i żale odchodzą w niepamięć. Jednak gdy cierpienie jest srogie to same one z rąk wylatują.

17 listopada

Joanna nie jest pewna czy będzie w stanie pisać ten pamiętnik tak jakby chciała. Ciągle nachodzą ją myśli, które sprawiają, że jej radość znika. Ciągłe bieganie, zamartwianie się sprawami, które osobiście jej nie dotyczą sprawia, ze czuje się zmęczona. Zazdrości paniom, które wolnym krokiem spacerują po trotuarach i zauważyła że nie jest już osobą, którą była w Kielcach. Dawniej była otwarta na ludzi i z empatią podchodziła do ich cierpienia. Teraz stała się na nie obojętna w dużym stopniu. Z dystansem podchodzi również do swoich cierpień. Zapewne to dlatego, że w przeszłości otoczona była przez życzliwych ludzi a teraz wokół niej kręcą się typy takie jak ten kuzyn u Blumów. Zawsze otwiera jej drzwi, pomaga ściągnąć okrycie, ale jego wzrok mówi wszystko. Zerka na nią tak lubieżnie, że nie pozostawia to wątpliwości co do jego intencji. Mogłaby spoglądać na niego obojętnie, jak dajmy na to na barana, ale nie może.

18 listopada

Już trzeci raz jadąc tramwajem spotkała tego pięknego pana. Kim on był, co myślał, jak mówił? Te pytania kołatały się w jej głowie przez cały dzień. Dobrze, że wysiadł na Cichej, ponieważ zakochała by się w nim.

19 listopada

To słowa bez sensu tłumaczą co to jest uczucie, tak jak ściśle potrafi to zrobić algebra.

20 listopada

Joanna zwierza się ze swoich uczuć, choć każde napisane słowo powoduje, ze pali się ze wstydu.

22 listopada

Znowu naprzykrzał się jej kuzyn u Blumów. Spoglądał na nią swoim lubieżnym wzrokiem a ona czerwieniła się cała nie mogąc nad tym zapanować. Zła była za to na siebie. Później gdy zatrzymała ją pani B. wślizgnął się do salonu i raczył ją swoimi mądrościami, akcentując niektóre słowa. Przez niego stroni od towarzystwa, obawiając się podobnych typów. Pomimo że jest nauczycielką nie będzie tego znosić. Nie ma jednak siły by walczyć o siebie. Jedyne co jej pozostaje to lekceważenie jego i całej sytuacji.

23 listopada

Joanna zamierza zrezygnować z lekcji u Blumów. Nie może przecież wszczynać awantur w przedpokoju, a coraz większa nienawiść i chęć zemsty ogarnia ją, gdy widzi tego kuzyna.

26 listopada

Panna L. umarła sobie cichuteńko, zapewne nie pozostawiając w niczyim sercu żalu. Była ideałem nauczycielki z entuzjazmem podchodząc do tej pracy. Choć nie zawsze Joanna zgadzała się ze wszystkimi jej poglądami to traktowała ją jako wzór do naśladowania. Przy jej trumnie postanowiła, że będzie ją naśladować. Należała ona do ludzi, którzy nie bali się śmierci i przez to nie rozsiewali wokół siebie ohydnego uroku. Ważną jej rolą było też wychowanie wielu pokoleń młodzieży. Nie uczyniłaby tego gdyby została żoną i matką. Większość matek nie zrobiłoby tego za nią, ponieważ macierzyństwo nie jest równoznaczne z wiedzą na temat wychowania.

28 listopada

Joanna zrobiła obrachunek swoich wydatków i dochodów. Okazało się, ze więcej wydaje niż zarabia. Większość pieniędzy przekazała wprawdzie dla W. i H. i spłaciła stare długi, ale później znowu zaciągnęła pożyczkę na ponad 100 rubli u Marynki. Postanowiła oszczędzać, ale pierwsze co zrobiła to zakup biletu do teatru na Chorego z urojenia Moliera. Oglądając sztukę zauważyła jak świat poszedł do przodu, w porównaniu z okresem tam opisywanym. Sztuka sprawiła jej przyjemność i rozweseliła, chociaż powinna być przygnębiona śmiercią panny L. i ostatnimi wydarzeniami. Doszła do wniosku, że taka jest już jej natura i bez śmiechu nie mogłaby egzystować.

30 listopada

Doktor Judym.

1 grudnia

Joannie śniło się, że zaprowadzono ją do sądu w Zurych, gdzie nigdy przecież nie była i oznajmiono, że Henryk sądzony będzie za morderstwo. Przeraził ją ten sen. W jego trakcie próbowała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć głosu. Obudziła ją współlokatorka i chwilę przychodziła do siebie. Uświadomiła sobie jak bardzo kocha swojego brata. Obawiała się tylko czy nie był to sen proroczy.

2 grudnia

Henia miała odrę więc Joanna siedziała w swojej stancyjce i spoglądała przez okno na zamglone miasto. Na dole chłopiec od zduna mieszał glinę, a odgłosy tej pracy przeszkadzały jej w czytaniu. Wyobraziła sobie postać swojego dawnego nauczyciela Mariana Bohusza, za którym podążała myślami przez jakieś bezdroża.

4 grudnia

Wczoraj Joanna odwiedziła pannę Helenę, która bezinteresownie pomogła jej na początku jej pobytu w Warszawie. Nie czuła się jednak dobrze u niej, ponieważ zbierało się tam wielu literatów, akurat w tym czasie modnych, w większości mężczyzn. Joanna nie była gotowa na przebywanie w takim towarzystwie. Chociaż uczucie, że jest się w centrum czyjegoś zainteresowania mile łechtało jej ego. Dlatego też, mimo wszystko, tam się udawała. Każdy mężczyzna interesował się kobietami i jeżeli ona mogła wzbudzać takie zainteresowanie to nie mogła sobie tego odmówić. Czuła jednak wielką tremę, wynikającą z przekonania o swoim nieodpowiednim zachowaniu się w takich sytuacjach. Wejście Joanny nie zostało zauważone. Roztrząsano bowiem kwestię wolności kobiet i ich emancypacji. Zastanawiano się, czy nie wykorzystają one tego na swoją niekorzyść. Joanna ośmieliła się zabrać głos i wypowiedzieć swoje zdanie. Uważała, że ta wolność może kobiecie przynieść tylko korzyści, a mężczyźni jeszcze długo nie muszą obawiać się, że stanie się ona od nich mądrzejsza i nie będzie miała o co się ich pytać. Chociaż tak naprawdę nie potrzebuje ona ich opieki, a widać to najdobitniej gdy jej zabraknie. Wracając do domu zastanawiała się czy faktycznie istnieje niebezpieczeństwo, że kobiety źle wykorzystają swoją wolność, tak jak to robią mężczyźni. Doszła jednak do wniosku, że tak samo jak oni muszą one z niej korzystać a jeżeli zajdzie taka konieczność, dźwigać się z brudu tak jak to czynią wolni mężczyźni.

5 grudnia

Joanna czytała Owidiusza. Sama nie wiedząc dlaczego po niego sięgnęła, zachwyca się kunsztem w jaki wyraża on swoje myśli, uciekając od rzeczy nieprzyjemnych a skupiając się na miłych.

7 grudnia

Zmęczenie ogarnęło pannę nauczycielkę. W nocy nie może spać i budzi się rano ociężała. Na lekcje chodziła z przymusem, a podczas nich tylko chwilę była obecna duchem. Rozwiązując jakieś zadanie z uczniem skupia się tylko na początku, później jest jakby nieobecna.  Najgorsze są powroty do domu w długiej sukni, która przemoczona i obłocona zmienia się w wiszącą szmatę oraz nasiąkniętych wodą pantofelkach. Jedyną pociechą tego dnia była muzyka, którą usłyszała biegnąc na lekcję po kamiennych schodach. Zatrzymała się na chwilę, ponieważ jej tony przypomniały jej pewną wiosnę radosną spędzoną razem z rodzicami w Głogach.

9 grudnia

Przez lata podróżowania Joanna odkryła w sobie łatwość zagadywania i nawiązywania kontaktów z ludźmi. Nauczyła się też oceniać spotykane persony i wyciągać z nich prawdę. Stało się to bardzo pomocne w otaczającym świecie, w którym jest wiele obłudy i kłamstwa. Oto na przykład Maniusia Lipecka ma niekwestionowany talent do gromadzenia pieniędzy. Każdego przychodzącego z rodziny prosi o czterdziestówkę na pieczątki. Nie kupuje ich jednak, tylko skrzętnie gromadzi je w skarbonce. Jej matka nie widzi w tym nic złego. Wręcz uważa, że jest to przejaw zaradności i sprytu. W ogóle w Joannie budzi się wielka awersja do moralności mieszczańskiej, wszechobecnej na piętrach ich kamienic.

10 grudnia

Przyszedł list od Wacka. Opisuje w nim swoją podróż po Syberii. Podróżuje zaprzęgiem ciągniętym przez renifery. Jazda nim jest przyjemniejszą częścią. Gorzej gdy zatrzymują się na noc, którą spędzają zwykle w powarni, czyli drewnianej, zamarzniętej budzie, w której znajduje się miejsce do warzenia strawy i rozpalenia ognia, lub w jurcie, gdzie z kolei gnieździ się wiele osób wraz ze zwierzętami. Nie należy to do przyjemności.

15 grudnia

Od jakiegoś czasu Joanna poszukuje ludzi wesołych. Sama czyta wesołe książki, chcąc stać się taka.

24 grudnia

Joanna wróciła właśnie z pasterki. Po drodze podziwiała zamarznięty krajobraz i rozmyślała o tym, który w tym czasie leżał w żłobie w miejscu gorszym niż niemowlę ubogiego parobka.

26 grudnia

W święta Joanna leniuchuje. Chodzi na wizyty i zamierza zanurzyć się w książkach. W jej pokoju stoi choinka, której zapach wzbudza w niej marzenia o przejażdżce saniami pośród lasu.

7 stycznia

Umarł Wacław …

23 marca

Przetrząsając swoje rzeczy dziewczyna znalazła swój sekretnik. Nie zaglądała do niego długo i nic nie pisała, ponieważ jej uczucia były jak zjedzone przez śniedź ziarna pszenicy. Na zewnątrz wyglądają normalnie, ale po dotknięciu wysypuje się z nich czarny pył.

25 marca

Osobiste szczęście Joanny zostało złamane. Chciałaby ona rozbudzić w sobie radość życia. W tym celu chwyta się najcięższych zadań, ale ani to ani pocieszenia znajomych nie pomagają jej.

26 marca

Straciła zdolność odróżniania co jest dobre a co złe. Nic nie jest już dla niej pewne.

27 marca

Cierpienie nie jest potrzebne nikomu. Krąży jednak nad człowiekiem jak czarny kruk niedoli.

29 marca

Wizja błotnistego krajobrazu wprowadziła Joannę w nieprzyjemny stan.

2 kwietnia

Tęsknota przejmuje ją nieopisanym smutkiem. Zima był to zły okres pełen znoju i niedoli. Przypomniało się jej gdy kiedyś Henryk, popisując się strzelił z rewolweru do brzozy. Zaczął się z niej wylewać sok i lał się bardzo długo. Musiała stamtąd czym prędzej uciekać.

3 kwietnia

Joanna tęskni i sama nie wie czego chce. Jest w rozpaczy.

5 kwietnia

Może muzyka pomogłaby w jej cierpieniu. Sama nie wie. Nie umie sobie z tym wszystkim porazić.

6 kwietnia

Chodzi na lekcje ale zajęcie to wydaje jej się bezsensowne. Na nic nie ma ochoty.

7 kwietnia

Razem z Antosią L. przerabiały właśnie literaturę grecką. Zdziwiła się, że może tam znaleźć odzwierciedlenie swojego bólu. Okazuje się, że już wtedy siostry chowały swoich braci.

11 kwietnia

Święta są przygnębiające. Postanawia nigdzie się nie ruszać i spędzić je sama.

20 kwietnia

Podczas spaceru Alejami Jerozolimskimi znowu naszła ją chęć płaczu. Starała się go powstrzymać, ponieważ zawsze gdy płacze w dzień nie śpi w nocy, a później nachodzą ją koszmary.

13 maja

Joanna spogląda na podwórze, które oświetla jasny, ciepły wieczór i choć ten widok powinien podnosić ją na duchu, tak się nie dzieje.

4 czerwca

Wczoraj zerwała wszystkie lekcje, zostawiła swoje tobołki Giepce, a sama ruszyła do Kielc. Te słowa pisze właśnie z pokoju hotelowego. Niech się z nią dzieje co chce, nie zależy jej na tym. Nie wie co dalej ze sobą zrobi i gdzie się uda. W Kielcach nie miała żadnej osoby, z którą mogłaby porozmawiać o swoim nieszczęściu. Odrzuciła propozycję wyjazdu na lato do Lipeckich i pani Niewadzkiej i jest tu w swoich Kielcach z widokiem na okoliczne wzgórza.

Wieczorem dotarła do wujostwa w Mękarzycach. Tam każdy kąt, każdy sprzęt czy litografia wisząca na ścianach przypominały jej dzieciństwo. Wyruszyła tutaj przed południem, wynajmując dorożkę za cztery ruble. Widoki jakie rozpościerały się wokół sprawiały, że była coraz szczęśliwsza. Poznała je, gdy jako mała, przestraszona dziewczynka jechała w drugą stronę do szkół. Teraz wracała i to ją cieszyło. Wieczorem była na miejscu, ale tutaj nie czuła się już tak dobrze. Przez ponad dziesięć lat nie utrzymywała z nimi kontaktu i zdawała się być tu obca.

5 czerwca

Joanna ze zdziwieniem zauważyła, że chociaż przez tyle lat niewiele się tu zmieniło to dla niej wszyscy są jacyś inni. Lata życia w mieście zmieniły ją a nie tutejszych ludzi. To ona stała się inna i jakby dla nich obca. Zewnętrznie są dla niej mili, kobiety razem z nią płaczą, ale czuje że nie ma w tym współczucia. Cały czas myślą o sobie i patrzą na nią ze zdziwieniem. Wujaszek zastanawia się zapewne kiedy Joanna poprosi go o jakąś pożyczkę i drży przed tą chwilą. Gdyby wiedział że przyjechała ona tylko w poszukiwaniu spokoju, zobaczyć lasy, wzgórza, wody pewnie odetchnął by z ulgą. Życie na wsi płynęło całkiem inaczej niż w mieście. Słuchała opowieści rodzinnych o tym jak Felcia wyszła za mąż i wyjechała aż pod Ufę. O tym jak Tecia, jej siostra, nie może znaleźć adoratora i musi siedzieć razem z rodzicami i innych opowieści, których Joanna wysłuchiwała, ponieważ nic innego nie miała do roboty. Nie zazdrościła Teci. Sama nie wybrała by takiego życia. Nauczona była już czego innego. W mieście otaczał ją świat nowoczesny i działo się wokół wiele. Miała czasami tylko suchy chleb do zjedzenia, ale była to jej własna kromka, sama na nią zapracowała. Była sobie panią.

6 czerwca

Tego dnia Joanna wybrała się na grób rodziców. Cmentarz w Krawczyskach rozrósł się znacznie. Przybyło świeżych mogił a stara część została zamknięta na głucho. Większość miejsc pochówku zarosła trawą i krzakami, tak że zniknęły po nich prawie wszystkie ślady. Tak było z mogiłami jej rodziców. Obeszła cały cmentarz poszukując ich, ale nie była w stanie znaleźć tych miejsc.

7 czerwca

Joanna postanowiła odejść. Nie może patrzeć na to jak traktowani są chłopi na folwarku. W przeciwieństwie do nich może się ona udać gdzie chce. Tak mogli zrobić również oni w czasach Księstwa Warszawskiego, kiedy to stali się wolni i równi wobec prawa, ale pozbawieni ziemi. Czas ruszyć do Głogów.

10 czerwca

Joanna była spowrotem w Kielcach. Z Mękarzyc wyjechała dzień wcześniej furmanką chłopską, mówiąc wujostwu że jedzie prosto do Kielc. Gdy bowiem któregoś dnia wspomniała, że pojedzie do Głogów, wszyscy okazali wielkie zdziwienie. W dworze mieszkał bowiem Żyd. Rankiem pożegnała się ze wszystkimi a kiedy chłop dojeżdżał do szosy, kazała mu najpierw jechać do Głogów.  Dojechali tam niedługo. Joanna kazała chłopu czekać w karczmie przy gościńcu, a sama ruszyła przez łąki ku widocznemu w oddali domowi. Po drodze upajała się wonią rozkwitłych kwiatów i wspominała swoje dzieciństwo. Dom ich rodzinny był w opłakanym stanie. Gdy weszła na podwórze zaraz obskoczyło ją około dziesięcioro Żydów, a jeden stary dopytywał się kim jest i czego chce. Uciekła stamtąd czym prędzej. Nic nie zostało z jej rodzinnego domu, gdzie swoje żywoty zakończyli jej rodzice. Gdzie oni teraz są, gdzie jest Wacław? Joanna odczuła, ze również pragnie udać się tam gdzie oni, ale wtedy pojawiła się jakby dusza jej matki i odwiodła ją od tego, a śmierć od niej odeszła.

KONIEC TOMU I

Ludzie bezdomni – Tom II>>


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

stat4u