Ludzie bezdomni – Tom II

Ludzie bezdomni – Rozdział I – Poczciwe prowincjonalne idee

W ciągu sezonu dr Judym miał wiele zajęć. Jego dzień zaczynał się już o szóstej, kiedy to sprawdzał funkcjonowanie podległych mu jednostek. Później przyjmował pacjentów a po obiedzie oddawał się życiu towarzyskiemu. I to właśnie życie spodobało mu się najbardziej. Stał się rozchwytywany przez bogate kuracjuszki i często zdarzało mu się późno wracać do siebie. To powodzenie rozzuchwaliło go do tego stopnia, że nie miał już obaw przed rozmową z panną Natalią, gdy ta pojawiała się na jakimś spotkaniu. Raz nawet śmiał skrytykować tego Karbowskiego, ale zimny wzrok panny natychmiast sprowadził go na ziemię. Jego pasją stał się również szpitalik, który zaczął dopiero działać za jego sprawą. Wcześniej wykorzystywany był do różnych celów, a sprzęt rozgrabiony został prawie doszczętnie. Dr Tomasz odzyskiwał go bezwzględnie powoli doposażając ten przybytek. W połowie lata, dzięki działaniom Judyma, szpitalik pełny był tałatajstwa chłopskiego i żydowskiego, a serce doktora rosło z dumy. Inni przypatrywali się jego działalności z dystansem, choć nikt nie śmiał powiedzieć złego słowa. Nie do końca przychylnie patrzył też na to dr Węglichowski, który z podobną ironią podchodził do rozkradania łóżek szpitalnych przez lokai jaki działania Tomasza, choć ten starał się go wciągnąć w pracę szpitalika jak najmocniej.
Pod koniec sierpnia liczba kuracjuszy zaczęła się zmniejszać. Codziennie z zakłady odjeżdżały powozy wywożące kogoś a doktor rujnował się na pożegnalne bukiety. Teraz gdy zabrakło towarzystwa, Judym mógł zająć się swoją pracą w zdwojonym natężeniu.

We wrześniu do jego szpitalika przyprowadzono wiele dzieci z objawami malarii. Były to dzieci z czworaków folwarcznych, które znajdowały się w bardzo podmokłym i wilgotnym terenie. Leczył je on wytrwale, ale cóż z tego kiedy po kuracji wracały one do swoich domów i choroba atakowała od nowa. Przyczyną takiego stanu były sadzawki, w których hodowano ryby, a które znajdowały się w bezpośredniej bliskości. Nikt jednak nie chciał słuchać rewelacji doktora. Ani dyrektor Węglichowski, który wręcz zakazał mu o tym rozpowiadać, ani plenipotent, którego to pomysłem i oczkiem w głowie były te zbiorniki wodne. W miarę postępów jesieni chorych było coraz więcej, a Judym nie wiedział co ma z tym zrobić. Aż wreszcie dostał bilecik od pani Niewadzkiej, w którym prosiła go ona o niezwłoczne przybycie do pałacu. Okazało się, że dziedziczka wynalazła miejsce dla chorych na malarię i osobę, która mogłaby się nimi zajmować. Otóż panna Podborska ma tam jakieś swoje mrzonki i ona chciałaby na jej imieniny zrobić jej prezent. Chorych umieszczono by w starym, odnowionym młynie, gdzie mogliby zimę spędzić w cieple, a panna Joanna, oczywiście pod nadzorem doktora, opiekowałaby się nimi. Dr Judym zgodził się, choć w jego duszy zagnieździła się odraza do tych ludzi.

Ludzie bezdomni – Rozdział II – Starcy

stefan_zeromskiDr Węglichowski zamieszkiwał w drewnianej willi znajdującej się na wzgórzu. Była ona własnością Leszczykowskiego, który chciał podarować mu ją, a gdy doktor nie przyjął tej ofiary wymyślił, żeby płacił on czynsz, który przekaże na kształcenie jakiegoś chłopca z okolicy. Tak się też stało i pod tymi warunkami Weglichowski tam zamieszkał. Willa była ciasna, ale bardzo dobrze zaprojektowana. Świetnie czuła się tam żona doktora, Laura, kobieta pod pięćdziesiątkę ale nadal energiczna i pełna życia. Spotykali się tam wszyscy cyklicznie, a czasami dołączali dłużej pozostający w zakładzie kuracjusze i kuracjuszki. Bywał też tam Judym, ale czuł że nigdy nie będzie z nimi w takiej zażyłości w jakiej oni się znajdowali. Wszyscy tutejsi tworzyli jakby zamknięty świat, a w szczególności dyrektor z administratorem. Robienie czegokolwiek wbrew nim było niemożliwe, ponieważ popierali siebie nawzajem w każdej materii. Postanowił współpracować z Krzywosądem i w ten sposób wprowadzić w życie swoje ciche plany, czyli osuszenie Cisów, zlikwidowanie sadzawek i innych mokradeł powodujących choroby. Wspólnie z administratorem imał się wszystkich prac, zdobywając jego uznanie taką postawą, ale do przeforsowania własnych wizji było daleko. Jego plany popierał stary Les, ale nie było go tutaj i tylko w ograniczonym stopniu mógł mu pomagać. Tomasz postanowił wykorzystać coroczną wizytę komisji rewizyjnej, która odbywała się w lutym i jej członkom przedstawić swoje plany. Jednak dyrektor przewidział jego chęci i po krótkiej rozmowie nie dopuścił go na spotkanie z komisarzami. Okazja jednak nadarzyła się później, ponieważ jego żona, nie wiedząc o tej utarczce, zaprosiła go na kolację, na której znaleźli się też przybyli kontrolerzy. Judym z uporem maniaka, znowu wbrew wszystkim tak jak podczas swojego odczytu w Warszawie, zaczął wyłuszczać swój plan osuszenia parku. Był na dobrej drodze, przekonał już prawie jednego z kontrolerów, ale sprytny Krzywosąd zarzucił mu, że zapewne chce znowu wykorzystać biednego Lesa, który i tak wielkie pieniądze w Cisy włożył i wyciągnąć od niego pieniądze na ten cel. To nie spodobało się nikomu, a Judym poczuł się winny. Projekt upadł. Po wyjeździe komisji wszystko jakby wróciło do normy. Dyrektor i administrator byli uprzejmi i mili, ale pod tą skorupą kryła się nienawiść. Dr Węglichowski w duchu żałował teraz, że kiedykolwiek zaproponował pracę temu młodzikowi, ale było już za późno na roztrząsanie tego. Gdy minęła zima i zaczęły się roztopy wezbrana woda w rzece zerwała tamę i przewalała się przez park zalewając go. Judym wraz z dyrektorem i Krzywosądem przyglądali się temu. Administrator w kanale widział ratunek przed zalaniem pozostałej części zakładu a Tomasz zgniłe liście zmywane przez tą wodę do stawu i powietrze, które z nich później miało powstać.

Ludzie bezdomni – Rozdział III – „Ta łza, co z oczu twoich spływa …

Był luty i świat cały chował się przed siarczystym mrozem i wichrem rzucającym się na wszystko co napotkał na drodze. Dzięki kilkuset rublom odłożonym przez Tomasza, które przekazał swojemu bratu mógł on ruszyć w świat. Wyjechali w taki właśnie lutowy dzień, pełni obaw i ukradkiem roniąc łzę, tylko Karolcia i Franek zachwyceni byli tą jazdą i miastem, które ich otaczało. Zmierzali na stację znajdującą się daleko za Warszawą. Tam mieli pożegnać męża i ojca i wrócić dorożką do domu. Gdy dotarli na miejsce odprowadzili Wiktora kawałek. Judymowa z płaczem błagała go żeby jej nie rzucił, przecież to jego dzieci. On obiecał, ze jak tylko znajdzie pracę przyśle zaraz pieniądze. Później kazał im wracać a sam odwrócił się i ruszył w stronę dworca, po chwili znikając w zadymce.

  • Plemiona

Ludzie bezdomni – Rozdział IV – O świcie

Wczesnym rankiem pewnego kwietniowego dnia, doktor Judym wybrał się na obchód swoich zdechlaków w okolicznych wsiach. Szedł zachwycając się otaczającą go zewsząd wiosną i nawet siąpiący deszcz nie psuł mu tego wrażenia. Gdy dotarł do zagajnika usłyszał turkot powozu, który ukazał się po chwili. Jego pasażerką była panna Joanna, która opatulona przed deszczem zdawała się drzemać. Tomasz nie zastanawiając się wcale zatrzymał wolant i zaczął wypytywać gdzie w taką pogodę panna jeździła. Serce biło mu przy tym mocno i cieszył się z tego spotkania. Panna Joanna początkowo była zawstydzona i jakby chciała coś ukryć, ale w końcu powiedziała, że była w Woli Zameckiej szukać panny Natalii, która uciekła z panem Karbowskim i tam wzięła z nim ślub. Nauczycielka obawiała się, że to ją obwiniać będą za zachowanie podopiecznej. Judym zaprzeczył temu stwierdzeniu mówiąc, że była to dusza niezależna i bezwzględna. Zaprzeczył też, że się w niej kochał, co zasugerowała Joanna. Joanna musiała jechać dalej i gdy znikała za zakrętem żałował, że to spotkanie nie trwało dłużej. Miał jej przecież tyle jeszcze do powiedzenia. Idąc w swoją stronę zaczął marzyć, a w wizjach tych widział ją jako swoją żonę.

Ludzie bezdomni – Rozdział V – W drodze

W czerwcu przyszedł list do Judymowej, w którym mąż kazał jej przyjeżdżać do Szwajcarii. Zarabiał tam więcej niż w Warszawie i wydawał krocie na jedzenie w knajpie. Nie zastanawiała się długo. Sprzedała wszystko co mogła i ruszyła w drogę. Pierwszy etap podróży prowadził do Wiednia, gdzie miał czekać na nią ktoś mówiący po polsku. I rzeczywiście, po długiej podróży pociągiem, gdy wysiadła z dziećmi na dworcu podszedł do nich jakiś mężczyzna mówiąc, że od razu ich poznał. Odpoczęli u niego w mieszkaniu. Wieczorem ruszyli w dalszą drogę. Znowu byli na stacji a ich opiekun załatwiał wszystkie formalności. Mieli jechać do Szwajcarii, do Wintertur z przesiadką w Amstetten. Judymowa była przerażona, a jej strach powiększył się jeszcze gdy została sama w ruszającym pociągu. Znowu gnał on w ciemność ale jej przerażenie powoli mijało. Nie udało się jej jednak wysiąść w Amstetten ponieważ przespała tą stację. Wysiadła z dziećmi na jakiejś innej o świcie i nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Nie mógł jej pomóc urzędnik, który przyszedł ze stacji, ponieważ nie rozumiała ani słowa. Wyprowadził ich ze stacji i wskazał niedalekie miasto. W tamtym też kierunku ruszyli z tobołkami na jej plecach. Przed miastem opadła całkiem z sił. Wysiłek i rozpacz przygniatały ją do ziemi. Nagle zobaczyła młodych państwa jadących dorożką. Nie wiedzieć dlaczego ruszyła za nimi. Okazało się, że są to Polacy. Pomogli jej. Na dworcu Pan załatwił wszystko w kasie a Pani wypytywała ją kim jest i skąd jedzie. Gdy odpowiedziała, że nazywa się Judymowa na twarzy młodej damy zauważyć można było zaskoczenie. Zapytała się jej czy zna doktora Tomasza Judyma a ona odpowiedziała, że to rodzony brat jej męża. Młodymi byli Natalia i Karbowski, którzy zmierzali właśnie do Włoch. Obiecali że zaopiekują się nimi i zobowiążą konduktorów, żeby odstawili ich do celu podróży. Jechali dalej razem ale w Amstetten musieli się rozstać. Zgodnie jednak z obietnicą gorliwie zajął się nimi konduktor, który umieścił ich w osobnym przedzialiku. Tak jechali dalej a wokół nich rozpościerały się góry, które Judymowa widziała po raz pierwszy w życiu i robiły na niej wielkie wrażenie. Na granicy Szwajcarskiej konduktor przekazał ich koledze po fachu z tego kraju, a niedługo po tym ten sam konduktor poinformował ich że są na miejscu. Wysiadając z pociągu od razu zobaczyła Wiktora. Przywitała go wyrzutami, a on nie był jej dłużny. Szli potem w milczeniu szosą. Humor poprawił się jej gdy znaleźli się w mieszkaniu, które zajmował Judym. Było małe ale czyste i schludne. Od razu rzuciła się na łóżko a Wiktor poszedł do fabryki zabierając ze sobą dzieci. Nie dane jej było długo odpoczywać ponieważ nawiedził ją jakiś człowiek, wykrzykujący i rzucający jakimiś liśćmi. Gdy wrócił jej mąż, okazało się że Karola i Franek obdarły mu wszystkie liście z winorośli, stąd jego złość. Wiktor miał już dość. Mówił, że ten kraj to jak więzienie. On tu dłużej siedział nie będzie. Rusza do Ameryki, tam można dopiero zarobić pieniądze. Judymową ogarnęła rozpacz.

Ludzie bezdomni – Rozdział VI – O zmierzchu

Odkąd doktor Judym spotkał niespodziewanie Joannę stale o niej myślał i mianował ją w myślach swoją narzeczoną. Nie śmiał jednak wyjawić jej swojej miłości i tylko chłonął jej widok przy każdym spotkaniu, upajając się widokiem jej oczu i drżąc z trwogi czy ten obraz nie zostanie mu odebrany. Pewnego czerwcowego dnia idąc do wsi do swoich chorych spotkał ją na swej drodze. Zaskoczyło i uszczęśliwiło go to spotkanie i choć panna Joanna zapewniała go, że codziennie chodzi tu na spacery, był pewny że przyszła tu żeby się z nim zobaczyć. Nie chciała z nim iść do wsi, ale zaproponowała że na niego poczeka. Judym byłby zaniechał swoich podopiecznych, gdyby nie obawa że zrobi to na niej złe wrażenie. Postanowił uwinąć się z nimi jak najszybciej, ale jak na złość przy każdej chacie czekało na niego pełno chorych i poranionych. Swoją pracę zakończył dopiero pod wieczór i był pewien, że Joanna już dawno odeszła. Gdy jednak zbliżył się do wzgórza, gdzie ją zostawił, zobaczył że jest. Czekała siedząc na trawie. Jego serce wypełniła radość! Wracając razem Tomasz wyznał jej iż jest pewny że zostanie ona jego żoną. Joasia nie okazała zdziwienia na tak stanowcze oświadczenie. Przeciwnie, pozwoliła się mu objąć a później całować swoje gorące usta. Z każdym pocałunkiem jej serce wypełniała radość i z ochotą spełniała tą ofiarę.

Ludzie bezdomni – Rozdział VII – Szewska pasja

W czerwcu zjechało się tak dużo kuracjuszy, że Krzywosąd nie mógł spokojnie oczyścić stawu z szlamu, który tam zalegał. Wpadł więc na genialny pomysł. Kazał wykopać groblę, do której wpadała woda z dużym impetem. Na tą wodę nakazał chłopom wrzucać szlam. Tym sposobem chciał się go pozbyć w niedługim czasie. Zakochany Judym nic o tym nie wiedział i gdy któregoś dnia zobaczył to całe przedsięwzięcie, stanął zdumiony. Pracujący poinformowali go co robią. Doktor starał się ich uświadomić, że nad ta rzeczką stoją ich wsie, więc nie będą mogli korzystać z wody. Ale nic to nie pomogło. Ruszył wzdłuż rzeczki, zamierzając sprawdzić stan jej zamulenia, gdy spostrzegł dyrektora i administratora żywo rozmawiającego. Początkowo miał zamiar ominąć ich i zlekceważyć, ale po chwili zmienił zdanie i udał się w ich stronę. Chciał tylko wypowiedzieć ironiczną uwagę na temat tego co tutaj wyprawiają, ale skończyło się na kłótni i bójce, w wyniku której Krzywosąd wylądował w szlamie, wrzucony tam przez Judyma, a doktorowi aż oczy zaszły bielmem ze wściekłości.

Ludzie bezdomni – Rozdział VIII – Gdzie oczy poniosą

Następnego dnia otrzymał list od dyrektora Węglichowskiego, w którym ten rozwiązywał zawartą z nim umowę. Początkowo starał się sobie wmówić, że ze wzgardą traktuje to oświadczenie, ale powoli żal za Cisami zaczął przeważać. Gdy przed oczami stanęła mu twarz Joasi, żal zmienił się w rozpacz. Wieczorna wizyta ukochanej, która dowiedziała się o wszystkim nie poprawiła jego nastroju. Gdy odeszła szarpały nim paroksyzmy żalu. Całą noc zmagał się ze sobą. Układał plany jak udobruchać dyrektora. Nad ranem na chwilę zasnął, a gdy się zbudził począł się pakować. Gdy przyjechał wózek pocztowy był gotowy do drogi. Zajrzał na chwilę do szpitala, spojrzał na pałac, za którego oknami kryła się jego miłość i ruszył na stację. W pociągu zatopiony w myślach nie zauważał mijanych stacji. Wysiadł wraz ze wszystkimi na stacji przesiadkowej i razem z nimi czekał na pociąg w stronę Warszawy, gdzie sam nie wiedząc po co zmierzał. Wzbierała w nim coraz większa złość na siebie. W pewnej chwili zobaczył znajomą twarz. Był to inżynier Korzecki, z którym swego czasu podróżował po Szwajcarii i z którym się tam pokłócił. Nie udało mu się uniknąć spotkania z nim, choć bardzo się starał. Po niedługiej rozmowie udało się przybyłemu namówić Tomasza żeby jechał z nim do Sosnowca, gdzie w pewnym przedsiębiorstwie znajduje się wakujące stanowisko lekarza, na które mógłby on aplikować. Niedługo potem siedział w wagonie pierwszej klasy tam właśnie zmierzającym, a obok niego w tym samym przedziale bez słowa podróżował Korzecki. Nie odzywali się. Judym nadal rozpamiętywał wszystko a towarzysz podróży nie przeszkadzał mu w tym. Na miejscu Tomaszowi ukazał się przygnębiający widok. Zagłębie wyglądało jakby całe było przetrzęsione w poszukiwaniu czegoś. Wszędzie pełno było kominów, hałd, kopalni i fabryk, a gdzieniegdzie tylko stały samotne kępy drzew, zapewne pozostałość po rosnących tu lasach. Celem ich była kopalnia Sykstus. Na miejscu Judym został sam w jednym z pokoi budynku administracyjnego, a Korzecki udał się z kimś porozmawiać. Ogrom wszystkiego i huk tam panujący przytłaczały doktora. Siedział na krześle z twarzą ukrytą w rękach i zastanawiał co tutaj robi. Zaczął nawet pisać list do Joanny, ale w pewnej chwili poczuł że ktoś za ni stoi. Był to Korzecki, który przeprosił go i powiedział, ze tylko rzucił okiem i przeczytał pierwsze wyrazy. Powiedział, że na razie pojadą do niego a może w przyszłości uda się Judymowi objąć posadę lekarza w tej kopalni. Gdy znaleźli się w mieszkaniu inżyniera ten przy kolacji wyjawił Judymowi, że ściągnął go tutaj, ponieważ ma w tym własny interes. Okazało się, że ma on chore nerwy, jest niespokojny i nie może w nocy spać. Obecność Tomasza pomogłaby mu uspokoić się i spokojnie spać wiedząc, że rano wstanie i zobaczy jego osobę.

Ludzie bezdomni – Rozdział IX – Glikauf!

Rano Judym nie zastał gospodarza, więc nie mogąc wysiedzieć w tym prawie pustym mieszkaniu wyszedł na zewnątrz. Idąc przez miasto co chwilę napotykał widoki, które nie mogły poprawić jego i tak złego humoru. Wszędzie pełno było starych domostw, wokół których pieniły się kałuże pomyj. Z każdej strony słychać było odgłos pracujących maszyn lub świszczących lokomotyw. Mijając którąś z kopalni podszedł do niego człowiek, mówiąc że inżynier prosi. Zastał go w biurze gdzie właśnie na dół schodziła nowa szychta. Tomasz zapragnął zobaczyć kopalnię, więc Korzecki nakazał jednemu z górników aby przygotował odpowiedni strój. Zjechali następnie do kopalni gdzie oczom Judyma ukazała się groza tego miejsca. Pełno tam było chodników, a w miarę jak oddalali się od szybu windy było coraz ciemniej i jedynym światłem pozostawały lampy przyniesione przez nich. Gdy mijali ludzi pozdrawiali ich słowem Glikauf, a tamci odpowiadali w ten sam sposób. Tutaj, na dole dopadła Judyma tęsknota za Joasią. Prowadzący go górnicy objaśniali mu zasady na jakich pracuje kopalnia, jak podkładają ładunki, jak stemplują chodniki i jak wywożony jest węgiel. W końcu Judym z ulgą wyjechał na powierzchnię, gdzie po wyjściu z windy znowu natknął się na wózki z węglem, ciągnięte przez zmęczone konie.

Film Doktor Judym – reż jan Weyhert

Ludzie bezdomni – Rozdział X – Pielgrzym

Któregoś dnia Korzecki zaprowadził Judyma do Kalinowicza, dyrektora. Według niego była to bardzo ważna postać. Przywitał on ich w swojej willi, gdzie zaczęli rozmowę o niczym, podczas której gospodarz oprowadzał gości. Pokazywał im pomieszczenia i dzieła jakie udało mu się zakupić. W pracowni natknęli się na pannę Helenę, dziewiętnasto letnią córkę dyrektora. Razem wrócili do salonu, gdzie dołączył jeszcze syn Kalinowicza. Rozpoczęła się dyskusja na temat dobra jednostki w społeczeństwie, w której najbardziej udzielał się Korzecki. Podczas tej rozmowy za oknami rozpętała się burza, ale żaden z rozmówców nie zauważał jej. Dyskusja przerodziła się w spór pomiędzy inżynierem i synem gospodarza, którzy spierali się zawzięcie. Swoje wywody przerwali, gdy dyrektor stwierdził, że nie rozumie o co spór swój wiodą, a Korzecki odpowiedział że w istocie o błahe rzeczy. Dalsza dyskusja przeniosła się do jadalni, gdzie podano posiłek. Tym razem rozmawiano o higienie i bezpieczeństwie pracy w zakładach w Zagłębiu. Dyrektor podawał przykłady głupoty pracowników oraz ich rozrzutności. Rozmowę przerwało nadejście posłańca z listem, do którego wyszedł Korzecki. Judym miał nadzieję, że może przyniósł on list od Joasi i również zaciekawiony wyszedł to sprawdzić. Okazało się jednak, że był to przemytnik, który przyniósł inżynierowi materiał z Krakowa. Niedługo potem razem z inżynierem jechał Tomasz powozem. Wracali do domu. Korzecki zaproponował jednak przejażdżkę. Chciał zawieść otrzymany materiał od razu do krawca. Ponieważ doktor nie miał nic przeciwko temu, ruszyli z kopyta. Po drodze towarzysz Judyma poczuł się w obowiązku wytłumaczyć z tego co mówił u dyrektora. Stwierdził, że miał interes w tym że tak energicznie wyłuszczał swoje opinie. Nie było to wcale wbrew niemu. Ma on w sobie jakieś wewnętrzne przekonanie, które mówi mu co jest słuszne a co nie.

Ludzie bezdomni – Rozdział XI – Asperges me …

Korzecki miał nieopodal miasta znajomą, ubogą rodzinę szlachecką. Któregoś dnia zjawił się u niego młody człowiek, który nieśmiało prosił o wizytę doktora u jego matki. Chorowała ona od dawna, ale teraz nie mogła już wstać z łóżka. Judym zgodził się na wizytę i po zjedzonym obiedzie ruszyli. Droga była fatalna, pełna kamieni i wybojów. Wiła się wśród lasu, co chwilę ginąc w jego zieleni. Na miejscu czekała na niego chora, wysuszona, około czterdziestoletnia kobieta oraz cała rodzina. Po badaniu Judym był pewny że choruje ona na suchoty w zaawansowanym stadium i nie będzie mógł jej pomóc. Ona tymczasem prosiła go, żeby przedłużył jej życie jak najdłużej, więc zapisał dla niej kurację. Po kolacji ruszył w drogę powrotną, podczas której zdawało mu się, że ta chora jest to najbliższa mu osoba na świecie.

Ludzie bezdomni – Rozdział XII – Dajmonion

Tomasz otrzymał posadę lekarza fabrycznego. Od tego czasu zaczęły się dni monotonnej pracy, czasami przerywane wizytami u Korzeckiego i kilkugodzinnymi rozmowami. Męczyły go one ale było to jego jedyne zajęcie poza pracą. Któregoś dnia przysłał mu inżynier cytat z Apologii Sokratesa Platona, co nie zdziwiło go, ponieważ przyzwyczajony był do jego dziwactw. Ale gdy chwilę później przygalopował po niego powóz, a woźnica krzyczał że chodzi o Korzeckiego. Wiedział że nie jest dobrze. Na miejscu zastał inżyniera z rozbitą głową już zimnego. Na stole leżał atlas anatomii człowieka otwarty na widoku głowy z narysowaną czerwoną kreską, wchodzącą z tylu, a wychodzącą obok lewego oka.

Ludzie bezdomni – Rozdział XIII – Rozdarta sosna

Rano Judym zdążał na stację kolejową. Otrzymał bowiem list od Joasi, że przyjeżdża i chce z nim spędzić trochę czasu. W liście nazywała go kuzynką, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Judym szedł tam przestraszony. Gdy się pojawiła nie przyjął jej tak jakby tego oczekiwała. Był małomówny a jego twarz wydawała się martwa. Wybrali się na zwiedzanie fabryk, gdzie oglądali proces wytapiania stali. Z fabryki poszli na skraj miasta gdzie mieszkali robotnicy. Judym bez proszenia otwierał drzwi i pokazywał Joannie ludzi tam mieszkających. Przedwczesnych starców. Później zapytał ją gdzie będą mieszkali. Ona nie była zaskoczona. Miała wszystko przemyślane. Zaczęła opowiadać o tym jak razem będą pomagać biedocie, otworzą szpital taki jak w Cisach i większość dóbr będą im oddawać. Ona stworzy mu wspaniały dom. Skromny, ale wspaniały. Judym był zachwycony tym, że tak wszystko widzi doskonale. Jednak po chwili jego twarz stężała i stała się straszna. Powiedział, że pomimo to że kocha ją bardzo musi zająć się tą biedą, w której żyją robotnicy. On musi zlikwidować ten stan. Do czasu gdy spełni swoją powinność pozostanie sam. Nie może mieć ojca, rodziny i żony. Joannę zaskoczyła ta wypowiedź. Ze spuszczonymi oczami odpowiedziała, że nie będzie go powstrzymywać. Wyszli za miasto i siedli pod drzewami w milczeniu. Po jakimś czasie Joanna wstała, pożegnała się i odeszła, a Judym długo siedział tam jak sparaliżowany, a potem ruszył przed siebie. Długo włóczył się nie wiedząc gdzie jest, aż dotarł do zwaliska. Tu zapadła się ziemia wypełniając chodniki nieczynnej już kopalni. Skoczył w dół i położył się na wznak, wpatrując w sosnę, którą to obsunięcie rozdarło na dwoje tak jak i on był rozdarty.

KONIEC

<<Ludzie bezdomni – Tom I


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

stat4u